życie codzienne

Strach, szkoła i deszcz co sobie kpiny urządza

niedziela, kwietnia 11, 2021

Wiosna w Toskanii, Marradi, Dom z Kamienia blog

Pierwsza kwestia jest taka, że chłopcy wracają od jutra do szkoły. Ja się cieszę, bo mam nadzieję, że będą mieć choć namiastkę normalności. Oczywiście nie wiadomo jak długo to potrwa, ale miejmy nadzieję, że do końca roku jakoś uda się wytrwać. Lekcje będą się odbywały w ławkach wahadłowo. Jeden dzień w domu, jeden w klasie, żeby nie zatłoczyć szkół i środków komunikacji. 
Oczywiście jest obawa, że wracając do szkoły, korzystając z pociągu zwiększa się dla nas ryzyko złapania wirusa, ale z drugiej strony widzieć ich przyklejonych niemal przez cały dzień do komputera coraz bardziej mnie przeraża. 

Chłopcy oczywiście nie są szzcególnie szczęśliwi, bo już tak bardzo przyzwyczaili się do siedzenia w domu, że teraz trudno im znów się przestawić. Tomka dodatkowo dopadł nieprawdopodobny stres, którego on sam dokładnie nie potrafi nazwać, natomiast przyznał, że to stres związany z powrotem do ławki szkolnej. Dlaczego? Sam tego nie wie. 

Natomiast dla mnie ten jego stres to światło ostrzegawcze, że siedzenie w odosobnieniu tak długi czas wyrządza krzywdy nie do odrobienia. 
Sama jestem domatorką i samotnikiem. Serio... Uwielbiam być sama ze sobą. Nie mam zielonego pojęcia czym jest uczucie "nudy" i Tomek jest w tej kwestii podobny do mnie, a zatem rozumiem go doskonale. Niemniej relacji społecznych trzeba się też w życiu nauczyć, a jak to zrobić kiedy człowiek w tym wieku, w wieku kiedy kształtuje się jego osobowość chowa się za monitorem? 
Zobaczymy co to będzie... 

Wiosna w Toskanii, Marradi, Dom z Kamienia blog

Nad Toskanię i Appennino nadciągnęły szare chmury. Niby deszcz, niby siąpi... Siąpi nie siąpi, deszcz nie deszcz... Takie "niewiadomoco".  Niechby popadało konkretnie, a nie bawiło się w chowanego! Ziemia wody tak bardzo po zimie potrzebuje. 
Jeśli tak się będzie i dzisiaj cackać to choćbym miała trekkingować z parasolką, kwitnąć cały dzień w domu nie mam zamiaru. 

***
Rankiem przeglądałam zdjęcia z minionego tygodnia i uśmiałam się sama z siebie...


Nie pamiętam kiedy to było, w środę czy czwartek? Poszłam wtedy na Pianorosso i kiedy już byłam niemal u celu na drodze przede mną wyskoczył nagle zza zakrętu pędzący zwierzak. Coś niewielkiego gnało prosto na mnie! Trzeba mnie było wtedy zobaczyć!!! W pierwszej chwili pomyślałam, że to kot, więc niemal zerwałam się do biegu, a serce zaczęło mi tak walić jak tym dzieciakom uwięzionym w samochodzie w filmie Jurassic Park! Ja się kiedyś wykończę przez te moje fobie. 
Wszystko to trwało sekundy. Zwierzak wyhamował nagle jak wryty jakieś dwadzieścia metrów przede mną. Wtedy dopiero zobaczyłam, że to zając. Usiadł na drodze nieruchomo jakby zamienił się w słup soli, po czym ogarnął się, zaskoczył, że ma przed sobą "zagrożenie" i czmychnął w pole. To musiał być jakiś wyjątkowo słabo ogarnięty zając. 
Szczerze mówiąc w ogóle nie pamiętałam, że zrobiłam mu zdjęcie - znalazłam je dopiero dziś rano. Co to znaczy instynkt fotografa. 
Stałam na środku drogi i kiedy długouchy uciekł, ja zaczęłam śmiać się w głos sama z siebie. Wyobraziłam sobie scenę, jak gnam z góry na łeb na szyję, a za mną pędzi zając. 
Cyrk.

Wiosna w Toskanii, Marradi, Dom z Kamienia blog

Kwiecień zbliża się już do połowy. Kwietniowa niedziela jeśli nie pozwala na długie trekkingowanie na pewno musi przełożyć się na pisanie, czytanie i kulinarne eksperymenty. Już za chwilę podzielę się z Wami nowym przepisem, który ma też ciekawe, historyczne tło.  Tymczasem znikam, by delektować się samotnym, cichym, leniwym porankiem, kiedy przez chwilę cudownie nic nie muszę!
Dobrej niedzieli!

ZAJĄC to po włosku LEPRE (wym. lepre)

trekking

Cyprysy, kukułka i jedna tęsknota

sobota, kwietnia 10, 2021

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi

Żadnego plecaka, żadnych notesów, zapięłam tylko nerkę w pasie, zawiesiłam Nikona na szyi i pomaszerowałam przed siebie. Choć czasu było mało pomyślałam, że jeśli podkręcę krok, to dotrę aż do "moich" cyprysów. 

Do nerki wsunęłam banknot, by zaraz na starcie w Biforco doładować telefon. O tym, że miałam to zrobić przypomniało mi się po blisko kilometrze, kiedy zorientowałam się, że moje wiadomości na whatsappie nie przechodzą. Za daleko już było, żeby się cofać - w czasie sjesty nie ma innego miejsca poza barem, więc upewniłam się tylko czy moja aplikacja działa i poszłam dalej drogą na San Benedetto. 

Szybko zsunęłam z ramion bluzę rozgrzana żwawym krokiem i słońcem, które przypomniało sobie o kwietniowych obowiązkach. Co jakiś czas kucałam tylko nachylając się nad przydrożnym rowem, by fotografować nowych bohaterów wiosny. Jest jeszcze trochę fiori di San Giuseppe, ale teraz zaroiło się też od innych kwiatów - jaskry, mlecze, pokrzywy... 

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi

Po trzech kilometrach zostawiłam asfalt i zaczęłam wspinać się ścieżką Dantego. W tym momencie rozległo się jakże przyjemne dla ucha: kuku kuku... Aż mi się buzia uśmiechnęła! Uśmiechnęła mi się tak szeroko jak na japońskich kreskówkach i zaraz sięgnęłam do mojej nerki po banknot. Jak dobrze, że nie doładowałam tego telefonu... 
- Mam, mam! Nie "okukasz" mnie! - pomachałam w powietrzu do kukułki. 

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi

Nawet jeśli ścieżka na tym odcinku pnie się bardzo pod górę, nie zwalniałam kroku. Czas się kurczył, a ja chciałam koniecznie dojść do cyprysów. Nie było czasu na notesy, pisanie, medytacje, ale choć dojść, złapać oddech, zobaczyć znów to miejsce. Miejsce, które dla mnie jest jak świątynia. Te cyprysy przy wąziutkiej ścieżce, ta panorama, która rozciąga się z jednej strony i widok na gaje kasztanowe i przede wszystkim to światło, które czeka za zakrętem. Magia. Sakrum. 

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi

O 16.00 byłam umówiona przed marketem z Tomkiem. Miał mi pomóc przytachać zakupy. Powrotną drogę musiałam zatem pół dziarsko przemaszerować, pół przebiec. 
Biegnąc po ścieżce czułam się prawie jak Lara Croft, tylko modliłam się, żeby na jakąś szyszkę okrągłą nie stanąć i nie wywinąć spektakularnego orła, bo wtedy to byłaby ze mnie taka Lara jak z koziej d... trąba. 

Tomek dotarł punktualnie równo ze mną. Uwinęliśmy się z zakupami i już krótszą drogą ruszyliśmy do domu.
Szliśmy wzdłuż Lamone, a popołudniowe kwietniowe słońce jakby postanowiło w tamtej chwili cały swój splendor oddać rzece. Tafla lśniła zupełnie jakby była wyszyta miliardem drobniutkich kryształków. 
- Popatrz jak pięknie! - obydwoje aż przystanęliśmy.
- Jak morze... - powiedział Tomek.
- Tak, jak morze... Tak bardzo chciałabym pojechać nad morze...
- Jeszcze za zimno na kąpiel - skwitował praktycznie.
- Ale nie o kąpiel chodzi. Chciałabym po prostu pobyć przez chwilę nad morzem. 

Jestem zdecydowanie stworzeniem górskim, ale od czasu do czasu potrzeba mi morza. Nie widziałam go od września. Nagle ogarnęła mnie ckliwa tęsknota za bezkresem wody, za piaskiem pod stopami, za jednostajnością. Przypomniało mi się też jaki to był cudowny moment, kiedy w czasie naszej wyprawy do Livorno usiedliśmy w porcie i patrzyliśmy na statki, na promy, które odpływały na Korsykę. 
Kiedyś witaliśmy morze po zimie już w lutym, najdalej w marcu, a teraz? 

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii
Nauczyłam się też kolejnych kwiatów - to aiuga, po polsku dąbrówka.

Dobrego weekendu życzę Wam przeglądem moich najróżniejszych zdjęć, które zmontował Mario. Wkradło się też jedno zdjęcie mojego Brata i oczywiście niektóre zdjęcia, na których ja jestem przed obiektywem robił sam Mario. Dobrego weekendu!

"NERKA", czyli saszetka na pasku to po włosku MARSUPIO (wym. marsupio)

wiosna

Przysłowie mówi... i zdobywanie szczytów na raty

piątek, kwietnia 09, 2021

Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

Druga noc przymrozków, tym razem ostrzejszych pokonała jednak kwiaty glicine... Nie tylko te przy starym domu, ale i wszystkie okoliczne zwisały smutno "spalone" mrozem. Drugi rok z rzędu nie będzie ich pełnego rozkwitu. Na pewno potem jeszcze jakieś pojedyncze kwiaty się pojawią, bo glicine kwitnie dwa razy, ale to nie to samo, to drugie kwitnięcie to takie tam drobinki, w porównaniu do pierwszej eksplozji.
Glicine w normalnym "trybie" najpierw obsypuje się kwiatami, a dopiero potem stroi w zieleń. I ten moment, kiedy jest w kwiatach od stóp do głowy, to prawdziwy spektakl! Czekam na niego każdej wiosny z utęsknieniem i już drugi rok z rzędu dostaję prztyczka w nos. 

W zeszłym roku było to samo, ale wtedy to była "wina" wczesnej wiosny, która zaczęła się w lutym, więc cała wegetacja była hop do przodu i kiedy w marcu spadł śnieg, kwiaty szlag trafił. Teraz jednak mamy już kwiecień i mimo to sytuacja się powtórzyła. 

Zdaje się też, że i kwiaty maggiociondolo przed nowym domem nie przetrwały mrozu zeszłej nocy.  

Moje letnie sukienki leżą na środku pokoju, a ja dalej śmigam na spacer w kufajce... Kryzys mroźny już minął, miniona noc nie przyniosła aż tak niskich temperatur, ale jednak na temperatury ponad dwadzieścia stopni te kilka dni musimy jeszcze zaczekać. Wprawdzie wczorajszy spacer był w wiosennym kilmacie, ale już jutro i pojutrze mają nawiedzić nas deszcze. 
 
Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

Deszcz jest potrzebny, bo tak jak już pisałam mamy suszę, że hej, więc niech ta wiosna dostanie zastrzyk energii. Mam tylko nadzieję, że nie sprawdzi się florenckie przysłowie: Fino ai santi fiorentini, non pigliare i panni fini - "aż do świętych florentyńczyków nie wyciągać lekkich ciuchów". Święci florentyńczycy to: San Zanobi (25 maja), San Filippo Neri (26 maja), Santa Maddalena de' Pazzi (25 maja).  

Koniec maja to lekka przesada, choć i takie wiosny były już grane, na przykład dwa lata temu... Tak czy inaczej mam nadzieję, że w tym roku tak się nie stanie. 
Jest jeszcze jedno włoskie przysłowie odnośnie wiosny: Aprile non ti scoprire, maggio non ti fidare, giugno fa quel che ti pare - to znaczy: kwiecień- nie odkrywaj się, maj - nie ufaj, czerwiec - rób co chcesz!

Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech
Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

Czwartek to jeden z bardziej zajmujących dni w moim tygodniu pracy, podobnie wygląda piątek. Na marsze zostaje niewiele czasu, ale jednak coś zostaje. Wczoraj zaraz po obiedzie z rozczulającym trelem ptaków w uszach weszłam na Pianorosso. 
Łąki znów soczyście się zieleniły, a skorupka bieli - wspomniene neve del cucco - majaczyła już tylko na masywie Lavane. 

Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech
Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

Nie pamiętam czy zdążyłam już to napisać, ale na koniec marca aplikacja strava podsumowała moje wędrowanie. Nie jest ono kompletne, bo na przykład nie uruchamiam jej kiedy idę po zakupy - a powinnam, to przecież zawsze ze trzy kilometry jak nic. Poza tym też kilka razy zwyczajnie o niej zapomniałam, a zdarzyło się i tak, że inteligentnie wcisnęłam pauzę. W każdym razie udokumentowanych kroków wyszło blisko 140 kilometrów. Bardziej satysfakcjonująca niż kilometry jest jednak suma przewyższeń. Okazuje się, że w marcu weszłam wyżej niż szczyt Monte Bianco! Ha! Wdrapałam się na wysokość 5200 metrów. 
Tym sposobem sama siebie zainspirowałam, by od teraz przekładać te moje kilometry i wysokoścu na różne szczyty. Teraz moim celem jest Elbrus - 5600. Zobaczymy co mi z tego wyjdzie, bo jak nas długo w czerwonościach będą trzymać, to żadnego słusznego dystansu szybko z T. nie pokonamy... 

Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech
Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech
Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech
Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

Weekend na starcie. Kwiecień plecień. Muszę wyszukać na weekend tochę ciekawych przepisów, by zająć ręce, jeśli nogi nie będą miały wystarczającej ilości kilometrów przez deszcze i burze.
Dobrego dnia!

GHIACCIO to po włosku LÓD (wym. giaczczio)

Biforco, Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

życie

Siły i odwagi... jak we włoskim przysłowiu

czwartek, kwietnia 08, 2021

Biforco Dom z Kamienia blog

Około obiadu w powietrzu znów zaczęły fruwać białe farfocle. Już nie było regularnej zadymki jak dzień wcześniej. Białe farfocle fruwały trochę bez ładu i składu, każdy sobie, trochę jak wolne elektrony. 
Postanowiłam jednak - choćby nie wiem co - być Kwiatem Lotosu przez duże K i duże L. Obiecałam sobie, że żaden durny śnieg nawet w kwietniu nie będzie mi szarpał nerwów i muszę iść się porządnie wychodzić za całe dwa dni.

Po jakimś czasie farfocle zniknęły i znów wyszło słońce. Granie i szczyty były mniej pobielone niż rano, uśnieżone zostały tylko wyższe partie Apeninów. Uwinęłam się z obiadem raz dwa, żeby nie tracić czasu, zarzuciłam na plecy cieplejszą bluzę i "kufajkę" bez rękawów, tęsknym wzrokiem zerkając przy tym na stos nowych letnich spódnic i sukienek i zaraz wyszłam znów w stronę Campigno. 
Trasa była ta sama co dwa i trzy dni temu, bo taką wybrał Mikołaj, który postanowił mi towarzyszyć tym razem na rowerze, a z nim poszłabym gdziekolwiek. W towarzystwie chłopców sama trasa schodzi na drugi plan. 

Wydeptałam dziesięć kilometrów z groszem, ale zmarzłam przy tym jak nie wiem co. Najpierw w słońcu było całkiem przyjemnie, ale potem znów niebo schowało się za ołowiem, a do doliny Campigno wtargnął lodowaty wiatr. 
Wiatr był naprawdę okropny. Szczerze mówiąc zrujnował mi ostatnie kilometry spaceru, bo było mi tak zimno, że aż myśli na niczym nie umiałam skupić, a i o relaksie nie było mowy. Pozostała tylko satysfakcja z zadowalającego dystansu. 

Biforco Dom z Kamienia blog

Na szczęście nocny przymrozek chyba nie zaszkodził kwiatom - przynajmniej w Biforco. Poziomki nadal miały ładne kwiaty, bez też zdawał się niewzruszony, a irysy przy drodze to w ogóle jakby nie obeszło. Nawet pierwsze kiście glicine, które pnie się po balkonie starego domu były jędrne i "żywe".

Dziś za nami druga bardzo zimna noc i mam tylko nadzieję, że i ta nie wyrządziła roślinom krzywdy. Choć jak patrzę za oknem, to mam wrażenie, że dziś temperatura była o wiele mniej łaskawa.  
Idzie słońce, potem deszcz i po rozkosznym marcowo - kwietniowym mamieniu latem na stabilną wiosnę chyba musimy jeszcze trochę poczekać. Taki to czas... 

W środę Mikołaj śladami brata również zapisał się na wprowadzany od trzeciej klasy Esabac. 
Esabac to program skierowany do szkół średnich, który jest owocem współpracy ministerstwa edukacji Włoch i Francji. Liceum chłopców, jako że jest liceum językowym, również jest tym programem objęte. Esabac nie jest obowiązkowy, jest na pewno bardziej wymagający, ale dzięki temu wychodzi się z liceum z "podwójnym" dyplomem włoskim i francuskim.
Teraz tylko pozostaje dotrwać do matury... 
Oby dzieciaki jak najszybciej wróciły do szkolnych ławek. Siedzenie w domu niestety przekłada się na demotywację i spadek formy. 
Wprawdzie mam wrażenie, że znów u chłopców jest tendencja zwyżkowa, ale to wszystko nie jest tak jak być powinno. 

Dzisiaj jak znalazł do tych wywodów pasuje włoskie przysłowie: forza e coraggio, che dopo aprile viene sempre maggio! Co tłumacząc dosłownie znaczy: siły i odwagi, po kwietniu zawsze przychodzi maj. 

Dobrego dnia!


śnieg

Niech to szlag!

środa, kwietnia 07, 2021


Mówiąc najkrócej - trafił mnie szlag! Dopiero pod wieczór zdobyłam się na odwagę, by wyjrzeć przez okno i zrobić zdjęcie. Poezji nie było w tym za grosz. Szlag wymieszał się z rozpaczą, co zaowocowało tym, że kilometrów na moim "liczniku" było równiutkie zero. I nawet jeśli zimą wychodzę przy każdej aurze, nic nie jest w stanie zatrzymać moich nóg, to wczoraj ta kwietniowa kurzawa znokautowała moje morale koncertowo... Tutaj nazywają taki śnieg - la neve del cucco  - ostatni podryg zimy, który bezpardonowo wtarabania się w wiosenne klimaty nie bacząc na szkody!

O! 
Taki to był wtorek kwietniowy, co to go kant nie powiem czego potłuc. 

Swoją drogą jest to pewien fenomen. Dlaczego złe prognozy nawet te długoterminowe zawsze się sprawdzają? Dlaczego z tymi nikt się nigdy nie myli? 
Jeszcze o świcie, kiedy termometr pokazał 11 stopni łudziłam się... eee może nas ominie?! 

Ominie... ta... akurat!


Dziś jeszcze nie ma co liczyć na wiosnę jak należy. Termometry co najwyżej mają pokazać dziesięć stopni. Dopiero od jutra znów ma być bardziej "po ludzku", ale za to od weekendu dla odmiany idzie fala deszczu. Z deszczem to w sumie dobrze, bo podobno mamy rekordową suszę. Rzeczywiście jak się tak dłużej zastanowić to nie padało u nas porządnie chyba od stycznia. 

Mam nadzieję, że te zimowe perturbacje nie zaszkodziły temu co już rozkwitło. Może dziewczyny z nizin A. i S. doniosą jak tam nasze piękne romagnolskie sady. Czy Was też dotknął ten zimowy armagedon? 
Mam też nadzieję, że uda mi się dziś wydreptać kilometry te za wczoraj i za dziś. Jeden dzień "gnicia" w domu to o jeden za dużo, choć uczciwie przyznam, że dzięki temu był czas, by popracować przy drugiej części Sekretów, by zrobić pizzę, a nawet uciąć sobie poobiednią drzemkę. Powiedziałabym nie ma tego złego, ale jednak śnieg w kwietniu w Toskanii...

Od dziś powrót do rytmu szkolnego, chłopcy wracają do nauki dalej przed komputerem. Jeszcze nikt o powrocie fizycznie do szkoły nie mówi. Na ten moment cały kwiecień zapowiadany jest właśnie tak - czerwono lub maksymalnie pomarańczowo. Potem zobaczymy. 

Jedną z nielicznych dobrych rzeczy, jaką przyniósł zimowy kwietniowy wtorek był kurier z paczką. Żeby zdradzić co się dokładnie w niej kryło muszę zaczekać kilka dni, aż znów nastanie wiosna. Tymczasem czekając na ten cieplejszy moment napomknę tylko, że paczka pełna była nowych pomysłów Pani Basi. 

Słońce już wstało. Czas usiąść do lekcji. Dobrego środka tygodnia!

PROGNOZY to po włosku PREVISIONI 

Wielkanoc

Wielki błękit, poezja obrazu i życia w ogóle

wtorek, kwietnia 06, 2021

Dom z Kamienia blog, Toskania nieznana

Staliśmy na moście dokładnie w połowie drogi Biforco - Campigno i jak zahipnotyzowani wpatrywaliśmy się w lazur wody i jedną samotną kaczkę. Było w tym obrazku coś poetyckiego. Niby żaden "wielki błękit", ale dla kogoś kto na świat patrzy kadrami, to była naprawdę poezja obrazu. 

Poezją był też dla mnie sam moment, bo minęło kilka miesięcy od czasu kiedy razem we troje wyszliśmy na wspólny spacer. Chłopcy dorośli i chadzają już raczej swoimi ścieżkami, a ja na siłę się nie narzucam. Taka kolej rzeczy... 

Wczoraj jednak przeszliśmy razem dziesięć kilometrów i to było dla mnie jak witaminowa bomba. Mikołaj to szedł, to biegł i również rad odnośnie biegania chętnie słuchał. To bieganie to dlatego, że zrodził się w jego nastoletniej głowie pewien ambitny plan. Bardzo mu kibicuję, ale że u niego często pojawia się słomiany zapał, więc zdradzać szczegółów nie będę. W każdym razie poprosił mnie czy co drugi dzień możemy razem maszerować na długim dystansie. Tą prośbą sprawił mi tak nieprawdopodobną radość, że chyba nic bardziej nie mogłoby mnie ucieszyć.  

Poezją była też wczoraj cała dolina coraz bardziej zielona, coraz bardziej soczysta. Poezją był przystanek przy wielkich głazach, gdzie dawno temu bawiliśmy się na letnich piknikach. Poezją było słońce przeciskające się między młodymi listeczkami i woda jak kryształ i monumentalne głazy, które czas zepchnął do koryta potoku Campigno. 
 
Dom z Kamienia blog

To były dobre święta. 
Nawet jeśli sami, nawet jeśli bez wojażowania, bez piknikowania... to uczciwie muszę przyznać, że to były naprawdę dobre święta. Choć wolnego czasu miałam tylko garstkę, to jakimś cudem udało mi się złapać głębszy oddech. 

Kasia z Domu z Kamienia - blog o życiu w Toskanii

Pamiętam jak w czasie ferii bożonarodzeniowych wyliczaliśmy z chłopcami ile teraz trzeba będzie czekać do następnego wolnego. Ta przerwa między jednymi świętami a drugimi to najdłuższy czas w roku szkolnym, który po drodze nie ma żadnego oddechu w postaci wolnych dni. "Trzy miesiące! To jak maraton!" - wygrażaliśmy. 
I oto...
Minęły trzy miesiące, minęły i święta i zaraz połowa kwietnia się zrobi... 

Campigno, Dom z Kamienia blog
Kasia z Domu z Kamienia, blog o życiu we Włoszech, Biforco
Dom z Kamienia, blog o życiu we Włoszech, Biforco
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Marradi

Wieczorem i do nas dotarła wiadomość o śmierci Krzysztofa Krawczyka. Mikołaj wpadł do mojego pokoju ze smutną miną.
- Krzysztof Krawczyk nie żyje! 
- Wiem, właśnie przeczytałam.
- Jak mi smutno...
Mikołaj cały wieczór trawił ten smutek i nie bardzo umiał sobie z nim poradzić. Mikołaj - polskie dziecko wychowane na włoskiej ziemi. Mikołaj - "muzyk" w muzyce rozkochany chyba tak jak ja w moich Apeninach! Między Bachem, Chopinem, Morricone, mongolskim rockiem, Zimmerem, Coldplay czy The Muse lubił sobie posłuchać Krawczyka. Jego piosenki nie raz przewijały się w naszych rozmowach, a Mikołaj wiele razy podśpiewywał "Za tobą pójdę jak na bal"... 
A ja?
Moje najmilsze wspomnienia z polskiej części mojego życia myślę, że mogłyby mieć właśnie taką ścieżkę dźwiękową... To co dał nam świat i Parostatek i tak dalej... Krawczyk, Wodecki, Majewska... To jest ten skrawek polskiego życia, które zawsze będę wspominać z czułością, ten skrawek z obdartą ze skóry brzozą, z pierogami z jagodami polanymi gęstą śmietaną, która ustała się na mleku, które przynieśliśmy w aluminiowej bańce gnając boso przez olszynę. Ten skrawek z piknikiem w Gocławiu i szukaniem grzybów w Grzebowilku, ten skrawek z podchodami, z lodami bambino jedzonymi po wiejskiej mszy. 

Są tacy ludzie, którzy wydaje nam się, że zawsze byli i zawsze będą, że ich bycie w naszym życiu to constans, a tymczasem odchodzą nawet ci, którzy zdawali się wieczni.  

Dom z Kamienia, blog o życiu we Włoszech, Biforco
Dom z Kamienia, blog o życiu we Włoszech, Biforco

Na starcie staje nowy tydzień pracy. Tydzień ciut krótszy, ale tak czy inaczej tydzień bardzo zajmujący. Dużo lekcji, dużo innych spraw do ogarnięcia. Czekam też z utęsknieniem na poluzowanie nam restrykcji, by móc znów ruszyć do Florencji, by móc też znów na serio pomaszerować po Apeninach.

Pogoda jeszcze się nie zbiesiła, choć to już pewnie kwestia godzin. Dziś i jutro ma być "prawie zima". Trudno w to uwierzyć, bo poranek w Biforco obudził się mimo wszystko 11 stopniami. 
Niech to będzie dobry dzień!

ODDECH to po włosku RESPIRO (wym. respiro)

Wielkanoc

Wybuch wozu, tradycje, nowe kwiaty i mistrzyni ogarnięcia!

poniedziałek, kwietnia 05, 2021


To była bardzo dobra niedziela... 
Niedziela bez muszenia, bez pośpiechu, bez spięcia, bez naginania się. Niedziela z dobrymi smakami i kilometrami spaceru. Niedziela z lekturą, z kawą, z winem, z dobrym ciastem. Niedziela z długą gimnastyką i lenistwem. Niedziela z produktywnym porankiem, którego owocem było wiele smaków na cały dzień. 
To była naprawdę dobra niedziela... 

Kiedyś byłam pewna, że kiedy już wyprowadzę się do Włoch, to na święta zawsze będę wracać do Polski. Po raz pierwszy odszczekałam to w 2015 roku, kiedy sami spędziliśmy tu Wielkanoc i kiedy zaprzyjaźniłam się z włoskimi tradycjami. To nie jest oczywiście tak, że polskie tradycje mam w nosie. Ale też faktem jest, że wiele z nich mnie męczy i tak oto, kiedy jesteśmy sami we troje możemy bez wyrzutów sumienia kultywować tylko te, które rzeczywiście lubimy - to dotyczy wszystkich świąt. 

O śniadaniu już pisałam wczoraj i bardzo spodobało mi się określenie mojej Czytelniczki też żyjącej na włoskiej ziemi - "śniadanie świąteczne mamy jako antipasto do obiadu". I rzeczywiście tak było i u nas! 
Drugą tradycją, której nie lubię - wolałabym powiedzieć dosadniej - jest lany poniedziałek. Nie raz zostałam w dawnych czasach zlana wiadrami wody na poważnie i nic zabawnego w tym nie było. Żadnego lania  się w Domu z Kamienia nie ma i nie będzie i w ogóle tutaj zwyczaj ten na całe szczęście nie istnieje. 

W ramach kultywowania lokalnych tradycji ze wzruszeniem obejrzałam wczoraj transmisję z Lo scoppio del carro. Po tym jak w zeszłym roku uroczystość się nie odbyła, w tym roku władze miasta powiedziały, że pandemia pandemią, ale tak dłużej być nie może - nie ma florenckiej Wielkanocy bez wybuchającego wozu. Oczywiście w tym roku bez publiczności, ale kto chciał transmisję na żywo mógł obejrzeć tutaj: 


Jest to cały przekaz zarejestrowany wczoraj jeśli ktoś chciałby posłuchać - po włosku oczywiście - o tej pięknej tradycji. Samo "odpalenie" przez biskupa gołębicy zaczyna się od 2.09 - po dwóch godzinach i dziewięciu minutach.
"Odpalona" gołębica leci po lince do wozu, jej zderzenie z nim odpala fajerwerki, po czym gołębica znów powinna wrócić do ołtarza. Jeśli jej lot jest rzeczywiście kompletny tam i z powrotem, a wóz odpali na sobie cały materiał wybuchowy, przyjmuje się to jako dobrą wróżbę dla miasta i dla płodów rolnych. Wczorajszy lot colomby był bezbłędny - perfetto - jak określili komentatorzy i jak dla mnie bardzo wzruszający. Niech to będzie dobra wróżba dla nas wszystkich.

Wybuchający wóz, który florentyńczycy nazywają Brindellone - jak widać na nagraniu - jest pokaźnych rozmiarów. Od niego też wzięło się określenie osoby bardzo wysokiej, "kolumbryny", postawnej. 
Tradycja carro scoppiante to jedna z najstarszych florenckich tradycji, jej korzenie sięgają pierwszych wypraw krzyżowych...


Po wzruszeniach florenckich przyszedł czas na przekąski i zacny obiad. Pojedliśmy, odsapnęliśmy i zaraz, by nie gnić przy stole, kto chciał to podreptał na spacer. 
Niebo było słoneczne, choć temperatury wcale nie rozpieszczały. Nasze kwietniowe lato zwinęło niestety na jakiś czas walizki. Tak czy inaczej było pięknie, a ja znów uczyłam się nazw nowych kwiatów. Przy drodze do Campigno kwitnie pięknie litospermo.... Znalazłam, że po polsku to nawrot czerwono błękitny i że jest już praktycznie na wyginięciu. Tym bardziej więc cieszy jego widok ot tak skromnie, niemal w rowie! 


I jeszcze na deser pochwalę się jaka to jestem przytomna... 
Zastała nas Wielkanoc bez jednego nawet słoika dobrego majonezu - wiadomo jeśli majonez to tylko napoleoński albo kielecki. Został jeden słoik czosnkowego. Nie zarejestrowałam też na czas, że barszcz biały lub żurek też się skończyły. Za późno było prosić o wysłanie. No nic... Chłopcy tylko wzruszyli ramionami - bez barszczu też można dobrze zjeść. 
Kiedy wczoraj rano poszłam do cantiny w poszukiwaniu wiosennego obrusu na świąteczny stół, zanurkowałam w stos przeprowadzkowych jeszcze pudeł i znalazłam jedno z podpisem: przetwory. 

Kasia z Domu z Kamienia, blog o życiu we Włoszech

Czego to w pudle nie było! I majonez i barszcz i nawet jeszcze kilka moich przecierów pomidorowych. Medal za ogarnięcie sama sobie wieszam na piersi! 
Dobrej Pasquetty
Pasquetta to potocznie poniedziałek wielkanocny. 

Kasia z Domu z Kamienia, blog o życiu we Włoszech
Kasia z Domu z Kamienia, blog o życiu we Włoszech
Kasia z Domu z Kamienia, blog o życiu we Włoszech

Wielkanoc

Wielkanocnie po naszemu

niedziela, kwietnia 04, 2021


Zawsze odkąd pamiętam wolałam święta wielkanocne. Naprawdę! Nawet wtedy kiedy byłam dzieckiem i w grudniu czekałam na prezenty, nawet wtedy Wielkanoc budziła we mnie cieplejsze uczucia. W tym tygodniu takie pytanie zadawałam też uczniom w czasie konwersacji i większość zdecydowanie opowiedziała się za świętami zimowymi, ale część tak jak ja uznała wyższość tych wiosennych. I nie mówię tu o aspektach religijnych, bo to jest akurat każdego indywidualna sprawa. 

Najbardziej rozbawiły mnie słowa mojej uczennicy: wolę Wielkanoc, bo jest mniej roboty!!! 

Żarty żartami, a tak na poważnie Boże Narodzenie, choć na pewno magiczne, to jednak pierwszym słowem jakie mi się nasuwa jest STRES. Stres, żeby o niczym nie zapomnieć i ze wszystkim zdążyć. Kalendarz adwentowy, pierniczki, choinka, prezenty, gotowanie na kilka dni rozłożone... I nawet jeśli osobno każdy z tych punktów uwielbiam, to jednak wszystkie razem to stres! Poza tym w Boże Narodzenie lęgnie mi się w głowie smutek i nostalgia - nie wiem skąd i nie wiem dlaczego, ale odkąd pamiętam te uczucia zawsze mi towarzyszą. 

Wielkanoc natomiast to jest dopiero życie. Wiosna, natura się budzi, kwiaty pachną, zieleń kiełkuje, sernik człowiek zakręci, jajka na twardo ugotuje i już ma święta!
 

A zatem zakręciłam wczoraj sernik, potem jeszcze kruche ciasto z czekoladą i mascarpone. Miało być jeszcze brownie z polecenia, ale jednego składnika nie było w marradyjskim markecie, więc projekt upadł. 
Jak zjemy te dwa, to jutro coś "dokręcę", ale dwa ciasta na dziś to świat i ludzie! Poza tym upiekłam polędwiczkę, żeby było dla chłopców "do chleba", chleb swoją drogą już wjeżdża do pieca, żeby był cieplutki świeżutki na dziś. Poza tym zaraz zrobię jajka faszerowane, sałatkę śledziową i przygotuję mięso na obiad i w temacie gotowania to chyba tyle. 

Komisyjnie ustaliliśmy, że świąteczny to zjemy obiad - tak jak Włosi, nie będziemy się dla tradycji "męczyć" śniadaniem, które w takiej formie byłoby dla nas - przyzwyczajonych do kawki i ciasteczka - naprawdę przymusem. Z nas trojga tylko Mikołaj jest w stanie zjeść rano kiełbasę czy śledzia. Co innego gdyby byli goście i musielibyśmy się dopasować. 
Jeśli jednak jesteśmy sami niech ten poranek to będzie przede wszystkim relaks i odpoczynek. 


W tygodniu zapytałam chłopców czy dalej chcą się w Wielką Sobotę bawić w szukanie jajek pewna, że mnie wyśmieją - ten zwyczaj wprowadziłam w naszym domu, kiedy jeszcze byli mali.

I kto zgadnie co mi odpowiedzieli...?

Myślałam, że nie ma sposobu żeby Tomka w wolny dzień ściągnąć z łóżka przed 12.00, ale jest! Jest sposób! Wystarczy w domu pochować czekoladowe jajka. Bawili się wczoraj tak, jak wtedy gdy mieli po pięć lat. To nic, że po zbieraniu jajek Tomek wrócił jeszcze w ciepłe, pościelowe pielesze...


Zachmurzyło się w sobotę, ale żaden burzowy armagedon nie przyszedł. Niedziela natomiast obudziła się pogodna i nawet nie bardzo zimna. Mam nadzieję, że choć na krótki spacer uda się dziś wyjść. Choć to epitet, którego w tym zestawieniu wyjątkowo nie lubię. 
Marzył nam się piknik, ale ten w sferze marzeń musi pozostać jeszcze przez jakiś czas. Pięknych świąt! Pięknej niedzieli! 

ZRELAKSOWAĆ SIĘ to po włosku RILASSARSI (wym. rilassarsi)