jesień

Skrzynki i rzeczy sensowne

środa, listopada 20, 2019


Miniony wtorek nie był lepszy od reszty listopada. Wprawdzie momentami, kiedy niebo się przecierało, a reszki chmur rozciągały na zboczach pagórków, świat wyglądał całkiem do rzeczy, ale nijak nie udało się nic sensownego z takim dniem zrobić. 

Choć ... W sumie to nie tak. Bzdury opowiadam. 
Coś sensownego zawsze można zrobić i przecież ja też mam na koncie nie lada "dokonania" z wtorkowej szarugi. W góry może i nie poszłam, ale zrobiłam najlepsze ciasteczka na świecie. I kiedy mówię, że najlepsze, to znaczy naprawdę najlepsze. Mogliby zaświadczyć o tym Paw i Mario, którzy do słodkościowych łasuchów nie należą, jednak od blachy z ciasteczkami o poetyckiej nazwie "róże pustyni" nie mogłam ich odegnać. Do Pawia nawet argument - "zostaw coś dla dzieci" - nie bardzo przemawiał. Przepis na te cuda znajdziecie już po południu w Kuchni.

Dom z Kamienia - klementynki z Sycylii
sycylijskie cytrusy

Do dobrych wtorkowych rzeczy, które pokolorowały deszczowy dzień należy na pewno powrót Domenico z całym dobrodziejstwem Południa. Spotkaliśmy go w Fognano przy drodze, a jego "ciężaróweczka" wyładowana była po brzegi klementynkami i pomarańczami. Owoce - jak zaręczył - jeszcze wczoraj wisiały na gałązkach, a dziś leżą w Kamiennym Domu,  pachną i bosko smakują!
Jak dobrze, że w Italii nawet jesienią i zimą jest tak dużo sezonowych warzyw i owoców...

Tomek poprosił, żeby kupić mu trochę kaki, ale kupować je, kiedy na tylu drzewach dogorywają niezebrane resztki, wydaje się kompletnym absurdem. 
Tak sobie myślę, że może warto pojechać też po kiwi do sąsiedniej doliny, teraz już na pewno skończyli je zbierać. Skrzynka jabłek, skrzynka kaki, skrzynka, kiwi, skrzynka pomarańczy i mandarynek i zima nam nie straszna. Poza tym mamy zapas migdałów z "mariowego" drzewka i w ogóle całą spiżarkę pełną wspomnień po lecie!

drzewo kaki Dom z Kamienia
Kaki
Dziś w końcu ma wrócić do nas piękna jesień i najbliższe dni mają być nareszcie "dla ludzi". Najwyższa pora! Mówią, że lepiej późno niż wcale, choć złego wrażenia po tegorocznym listopadzie już chyba nic nie zatrze. 

DOBREGO DNIA!

POŁUDNIE to po włosku SUD (wym. sud)

szkoła

Wagary kontrolowane

wtorek, listopada 19, 2019

Marradi - Convento,  Dom z Kamienia

- Jeśli uważasz, że dziś niczego w szkole nie zawalisz, to zostań - powiedziałam do Tomka, kiedy jeszcze noc spowijała biforkowy świt.
- Nie ma dziś nic ważnego, jakieś zebranie mamy przez dwie godziny, potem pytanie, a ja już byłem pytany... 
- Jesteś mądrym chłopcem i wiesz kiedy możesz sobie pozwolić na wagary. 
- Dziś Pusia mogę, naprawdę. 
- Jeśli potrzebujesz dziś odpocząć to zostań.
- To ja dopiję "kawusię" (jedno z Tomka ulubionych słów, nie kawa, a właśnie kawusia) i wrócę jeszcze pospać.
- Dobrze. Odpocznij. Pośpij.

Tomek jest zmęczony. A ja uważam, że dzień kontrolowanych wagarów od czasu do czasu nic złego nie zrobi i należy się każdemu. Sama bym sobie taki zafundowała, ale nie po to, by zalec w łóżku i spać, bo to dla mnie strata czasu, tylko żeby na przykład na cały dzień iść w góry.

Każdy moment słońca staram się teraz aktywnie wykorzystać, bo znów od długiego siedzenia przed komputerem głowa zaczęła strajkować. Niestety dzisiaj, raczej takich momentów nie uświadczę, bowiem na wtorek zapowiadali - przynajmniej u nas - ostatnią deszczową falę. Co za listopad, maledetto novembre... Dopiero jutro znów ma być piętnaście stopni ze słońcem, ale co z tego skoro jutro niestety wolnych chwil mam tyle co kot napłakał...

Tak bardzo brakuje mi wyjścia w góry, że z tej tęsknoty to już nawet w deszcz bym poszła. Ustroiłabym się w pelerynę "militarną" Mikołaja i niech sobie niebo robi co chce. Góry to mój terapeuta, pocieszyciel, przyjaciel, spowiednik, sojusznik. Góry są dla mnie jak lekarstwo i jak narkotyk jednocześnie. Żyć bez nich nie sposób, a ja o zgrozo już od dwóch miesięcy nie postawiłam nogi na prawdziwym górskim szlaku... A głowa boli.
Ciasteczka dziś jakieś upiekę, jeśli w góry pójść się nie da. 

***
Dziś tymczasem czeka mnie kolejne szkolne spotkanie u Mikołaja i znów spodziewam się usłyszeć garść przyjemnych słów. Mikołaj oczywiście, na wieść że brat został w łóżku, też zaraz rozważył taką opcję, po czym ocenił uczciwie, że dziś to jednak nie jest odpowiedni  dzień. Dobrze mieć rozsądne dzieci.

Marradi - Biforco, Dom z Kamienia

Wczoraj w szkole było spotkanie dla dzieciaków z psychologiem doradcą w sprawie ich przyszłości. Na całą klasę tylko Mikołaj przekonany jest na milion procent o wyborze tej a nie innej szkoły. Reszta jeszcze błądzi... 
A ja jak sobie pomyślę, że lada moment przyjedzie komunikat o zapisaniu do scuola superiore, to mam ochotę się uszczypnąć. Od kiedy to bobasy chodzą do liceum? Widział ktoś takie rzeczy? 
Dobrze, że choć ja jeszcze taka młoda...

Na koniec jeszcze dwa słowa podziękowania.
Dom z Kamienia ma nowych Patronów! Jest Was już 16!!! To nieprawdopodobne i nieprawdopodobnie wzruszające. Bardzo Wam dziękuję. Każde jedno wsparcie, sprawia, że na sercu robi się tak ciepło. Postaram się Wam wynagrodzić nowymi miejscami, nowymi historiami, widokami i codzienną dawką radości dnia powszedniego!
Jeśli ktoś jeszcze z Was dołączy, będzie mi bardzo miło!

Dobrego wtorku!

PRZEKLĘTY LISTOPAD - MALEDETTO NOVEMBRE (wym. maledetto nowembre)

Quattro sagre per tre colli

O stałych elementach włoskiego życia, czyli o tym co daje radość

poniedziałek, listopada 18, 2019


Brisighella - jedno z moich ulubionych miasteczek w naszej okolicy. 
Trufla - jeden z moich ulubionych smaków. 
Lokalna sagra - jeden z ulubionych elementów włoskiego życia. 

I tak oto jak co roku - Quattro sagre per tre colli w Brisighelli - i trzecia niedziela listopada dedykowana - Jej Wysokości Trufli! 



Po nocy ulew, pogoda się uspokoiła i dzień zrobił się przyjemny i słoneczny. 
Niestety skutki nocnych opadów były opłakane nie tylko w Wenecji. Florencja drżała na widok skotłowanej, burej wody Arno, w Mugello z brzegów wystąpiło Sieve, jeszcze gorsza sytuacja była pod Bolonią, gdzie niestety wzmocnienia nie wytrzymały, dramatycznie również w Bobbio... I tak można wyliczać. Lamone się zburzyło, skotłowało, spuchło, ale potem na szczęście opadło i już więcej strachu nie napędzało. Padać ma jeszcze jurto, a potem wreszcie idzie do nas słońce. 


Festa w Brisighelli była dodatkowym pretekstem do wyjścia z domu. Wieczorem i tak jechaliśmy do Faenzy na Tomka spotkanie klasowe, a to przecież wszystko po drodze. Jak to mówią Włosi - una fava e due piccioni - odpowiednik naszego powiedzenia "dwie pieczenie przy jednym ogniu". 

Po tylu latach opowiadania i pokazywania co na takich festach można zjeść, kupić, zobaczyć, trudno napisać mi coś nowego, odkrywczego. Że trufle, oliwa, wino, miody, kiełbaski, sery, że muzyka, że ludzie, że wesoło, że stragany ze skarpetami, rękodziełem, kapotami... 
Cudnie - jednym słowem i trudno sobie w ogóle włoskie życie bez tych elementów wyobrazić. A ludzi było tyle, że znalezienie miejsca okazało się prawdziwym wyzwaniem. 


Spotkanie klasowe też było przemiłe i dało okazję do poznania rodziców i dzieciaków - niektórych bliżej, innych przynajmniej z twarzy. To było dobre zakończenie udanej niedzieli. Niedzieli, którą wypełniło smakowanie, gotowanie i uśmiech...


A dziś? 
Dziś przede wszystkim mijają już 32 lata od najsmutniejszego dnia w całym moim życiu. Od dnia, który poturbował, pokaleczył, od dnia, po którym nic nigdy nie było już takie samo. Ale w tym roku nie chcę o tym pisać. Myśli zostawiam w mojej głowie. Przez te wszystkie lata pisałam już o ostatnim moście i o ostatnim szczycie i mam wrażenie, że publicznych wyznań na ten temat już wystarczy... 

Przed nami nowy tydzień. Listopad powoli się starzeje. Kiedy sprawdzam prognozę długoterminową, w ostatnich kwadracikach już figuruje grudzień. W Faenzie dopiero powoli powoli zaczynają montować iluminacje świąteczne. Na szczęście - przynajmniej w naszych okolicach - nikt nie ma zwyczaju rujnować atmosfery bożonarodzeniowymi ozdobami w listopadzie. Wszystko ruszy dopiero od grudnia. 

Nowy tydzień mam nadzieję rozwiąże choć część problemów. Ranek obudził się pogodny, więc i ja pogodnego dnia Wam życzę i zapraszam przy okazji do KUCHNI, bo dużo się tam w ostatnich dniach działo!

UNA FAVA DUE PICCIONI znaczy dosłownie JEDNO ZIARNKO BOBU I DWA GOŁĘBIE 

codzienność

Krwawe liście i Gwiezdne Wojny, czyli w oczekiwaniu na armagedon.

niedziela, listopada 17, 2019


Zawsze, kiedy latem przechodzę obok tego drzewka, przypominam sobie jak bardzo jest czerwone w listopadzie. Czerwone krwistą czerwienią, jak karminowe usta amerykańskich aktorek w latach pięćdziesiątych, jak atłasowa podpinka w ramonesce, o której marzyłam przez całe "nastolęctwo", jak truskawki, czereśnie, porzeczki, jak wóz strażacki, jak pies Clifford w kreskówce, którą tak kiedyś uwielbiał Mikołaj.
Czerwień tego drzewka trwa zwykle do grudnia, kiedyś sfotografowałam je lekko ośnieżone, wtedy czerwień wydawała się jeszcze czerwieńsza niż zwykle.


Całkiem sporo liści wciąż trzyma się kurczowo drzew, ale te które opadły już dawno nie szeleszczą, zamilkły wraz z pierwszym deszczem. Tu i tam na gałęziach dyndają kaki, też już wynędzniałe, wymęczone, ociężałe.  

W tym miejscu kończy się jesienna poezja i zaczyna listopadowa proza, która potem przechodzi w  kabaret... 

W sobotę po tych moich spacerach i zachwytach nad kolorami, znów zabrałam się za kulinarne eksperymenty, czego rezultaty znajdziecie w KUCHNIPotem zorganizowaliśmy sobie seans filmowy. Film wybrali chłopcy, ja sama po serii krytyki zasłyszanej ze strony różnych znajomych, byłam początkowo sceptyczna. Jednak już po kilku pierwszych minutach wbiło mnie w kanapę i muszę przyznać, że "Dunkierka" serce z trzewi wyrwała mi bez znieczulenia. 


A potem o tym i o tamtym przy rozgadanej kolacji sobotniej... 
Aż wreszcie Tomek zerwał się od stołu, popędził na górę i zaraz wrócił z płaszczem zwiniętym pod pachą.
- No zobacz - mówił do Pawia przekonującym tonem, wciągając jednocześnie płaszcz przez głowę Mario. Troczki już dawno temu ktoś zacisnął na supeł i ni hu hu... 
- Jak malowany! - wtrąciłam się w te demonstracje. 

I nawet Paw w końcu przyznać musiał rację, bo Mario wyglądał rzeczywiście jak Obi Wan Kenobi albo raczej jak Mario Wan Kenobi i Tomka pozowanie z nim do zdjęcia jak z centurionem przed Koloseum doprowadziło nas do takich wybuchów śmiechu, że chyba nawet deszcz się przestraszył.  
Sami uczciwie przyznajcie! Czyż to nie Gwiezdne Wojny jak żywe????

Zdjęcie pożyczone z internetu

- Skąd taką kapotę wytrzasnęliście? - Mario dziwił się swemu obliczu w wersji "sajens fikszyn".
- To chyba dla Legolasa było na jakiś bal karnawałowy.
- Aaaa nie, nie! - Tomkowi szybko pamięć się rozjaśniła - to właśnie dla Obiego było!   

Brązową kapotę ja - matka Polka "popełniłam" dawno temu, w innej epoce, w odległej galaktyce, to znaczy w przedszkolnych warszawskich czasach...

Ubaw mieliśmy przedni i normalnie pomyślałabym, że to zasługa wina, ale dzieci przecież wodo - pijne, a śmiały się najgłośniej ze wszystkich. Czasem wystarczy tak niewiele, by wprawić się w dobry humor.

Ale teraz wystarczy już tych "banialuk", bo późno się zrobiło, a ja mam w kulinarnych planach i przekąskę na wieczór i tortelli z dynią i ciasto i ... coś jeszcze było... I przede wszystkim muszę sprawdzić czy chatki Mario nie zmyło do Ravenny. Lało całą noc, woda podeszła prawie pod same mury naszego domu. To druga tak wysoka woda w naszej biforkowej historii. Nie był to jednak tak gwałtowny deszcz jakiego się obawiałam. Mam nadzieję, że wysoka fala nie narobi nigdzie już bałaganu...

Dobrej niedzieli Wam życzę! 


GWIEZDNE WOJNY to po włosku LE GUERRE STELLARI  (wym. le guerre stellari)

codzienność

Dobry dzień - jako wypadkowa maleńkich zdarzeń

sobota, listopada 16, 2019


Piątek był ogólnie dobrym dniem, nawet jeśli w kwestii ciążących na ramionach problemów nic się niestety nie zmieniło, a za oknem lało tak, jakby w niebie pękła jakaś rura albo wąż od pralki wyskoczył. 
Dobry dzień jest bowiem wypadkową wielu maleńkich, dobrych spraw. I właśnie jak się tak zastanowić, tych pozytywnych drobiazgów było w piątek całkiem sporo. 

Przede wszystkim kolejne spotkanie w szkole Mikołaja, tym razem z nauczycielką włoskiego znów było pretekstem do wysłuchania "laurki" na jego temat. Aż mnie ze wzruszenia w gardle ściskało od tych wszystkich pochwał i życzliwości. W gardle ściskało też trochę z tęsknoty... Oto ten nasz mały kabareciarz i trzpiot nagle zmienił się w młodego, ambitnego człowieka z tak szerokimi horyzontami. Kolejne szkolne spotkania czekają mnie w przyszłym tygodniu. 

Kolejnym "drobiazgiem" były pozytywne opinie różnych osób po lekturze fragmentów mojego e-booka. A. wysmarowała "laurkę" tym razem pod moim adresem, że znów się wzruszyłam i wiadomość od niej czytałam chyba z dziesięć razy. A potem jakby tego było mało, to okazało się, że ta sama A. bilety "zabukowała" i w lutym Dom z Kamienia ma zamiar nawiedzić. Zimowy sezon zapowiada się równie intensywnie jak letni! Już teraz cieszę się na szczere pogaduszki ze starą, dobrą duszą. Za "starą" rzecz jasna jak zawsze mi się oberwie. 

Uśmiech na twarzy wywołała jeszcze jedna wiadomość. Ktoś pisał, komplementował i radził z serca co tu jeszcze dla bloga mogę zrobić i znów poczułam, jakby ktoś dmuchną mi w żagle świeżym wiatrem. Spodziewajcie się więc nowych aktywności na Instagramie i na You Tube. Dom z Kamienia będzie szedł z duchem czasu. Pora na dalsze wychodzenie ze strefy komfortu. 

Na kolację Mario zrobił arcy pyszną pizzę - to jeszcze jeden drobiazg składający się na "dobry dzień". Pizza wyszła naprawdę znakomita, o czym świadczy fakt, że w pięć osób pochłonęliśmy jej prawie trzy blaszki. Wybaczcie, ale o zdjęciach nie pomyślałam! 

A dziś? Może i dziś drobiazgi złożą się w dobrą sobotę, a potem sobota z niedzielą w dobry weekend... 
Poza spotkaniem z Tomka klasą nie mamy szczególnych planów. Raczej nigdzie nas dziś nie wywieje. Niestety. 
Tak czy inaczej nudzić się na pewno nie będziemy. W ogóle nuda jest mi kompletnie obcym zjawiskiem. Mam nadzieję, że podgonię trochę z pisaniem, odrobinę odsapnę, a w niedzielę może wpadniemy na festę trufli do Brisighelli?  

Martwię się tylko trochę pogodą. Straszą nas, że idzie prawdziwy armagedon. W nocy z soboty na niedzielę zapowiadają bardzo silne ulewy, wszędzie ogłaszają alert. Mam nadzieję, że nas z tych gór na nizinę nie zmyje. 

Dobrego weekendu!

STARA to po włosku VECCHIA (wym. wekkia)

codzienność

Postanowienia, poranne pytania i złośliwość rzeczy martwych

piątek, listopada 15, 2019

Biforco Cardeto

Po czwartkowych smutkach i źle przespanej nocy wstałam z łóżka z silnym postanowieniem poprawy, obiecując sobie, że dla odmiany dziś będzie dobry dzień bez smęcenia i narzekania... 
Pstryknęłam tak jak zawsze włącznik na piecu, żeby się nagrzało w kuchni zanim Tomek wstanie, kawę i mleko postawiłam na gazie i...
Piec przez piętnaście minut buczał i nie wykrzesał z siebie iskry, a mleko wykipiało. Zamiast zatem w spokoju pić kawę, naciągnęłam rękawiczki i zabrałam się za czyszczenie najpierw pieca, potem kuchenki. Jakie mnie nerwy złapały to chyba nie muszę dodawać. W tym momencie miałam ochotę przesunąć wskazówki na północ, byle tylko zaczął się już następny, lepszy dzień. 

A potem wstali chłopcy. 

- Jaki kształt ma kopuła? - zapytał ni z gruszki ni z pietruszki Mikołaj przegryzając herbatniczka.
- Jaka kopuła?
- A według ciebie?
- Brunelleschiego?
- Tak.
- Ale co jaki ma kształt? Chodzi ci o podstawę? 
- Tak.
- Jest zbudowana na podstawie ośmioboku.
Kiwnął leniwie głową sięgając po kolejne ciasteczko.
- Pytasz, bo nie wiesz, czy mnie sprawdzasz?
- Sprawdzam - uśmiechnął się tak rozbrajająco, że zaraz zrobiło mi się lepiej. 

Cardeto i Castellone Dom z Kamienia

- Pusia, a czy według ciebie fajnie się wygląda w kapeluszu Indiany Jonesa? - ze swoim porannym pytaniem wyskoczył Tomek szykując się do wyjścia. 
- Fajnie się wygląda, jeśli się mieszka w Australii na jakiejś farmie, a tak to chyba troszkę śmiesznie.
- A dlaczego? Przecież Giorgio w takim chodzi...
- I Renzo - wtrącił się Mikołaj. 
- Niektórym pasuje, im akurat bardzo, ale inni będą wyglądać, jakby uciekli z balu karnawałowego.
Tomek nie wydawał się ukontentowany moją odpowiedzią.
- Operatorzy kamery takie noszą. Zwróciłaś uwagę?
- Nie.
- Często są niechlujnie ubrani, mają długie włosy, kapelusz...
- Wiesz co? Ja kompletnie nie zwracam uwagi na to, jak są ubrani operatorzy kamery. A taki styl ogólnie chyba charakteryzuje artystów.
Na tapetę wróciły u Tomka filmowe tematy. Znów w kontekście rozmów o przyszłości coraz częściej pojawiają się plany związane z dziesiątą muzą.  

Po porannych, nieco abstrakcyjnych pogawędkach z chłopcami zrobiło mi się lepiej. Są niezmiennie moją największą życiową radością. Wczoraj po pierwszym spotkaniu z nowym nauczycielem Mikołaja usłyszałam, że mój syn jest świetnym chłopakiem. Ucieszyło mnie to określenie bardziej, niż pochwały odnośnie wyników w nauce. Historię z większym czy mniejszym trudem można wykuć na blachę, ale dobrym, fajnym człowiekiem się po prostu jest albo nie jest.
Wracałam do domu okrężną drogą ciesząc się tak wyczekiwanym spacerem w słońcu i delektowałam słowami nauczyciela. Ja wiem, że Mikołaj jest niezwykłym człowiekiem, ale miło jeśli dostrzegają to też inni. 

Dobrego dnia, nawet jeśli znów leje.

USŁYSZEĆ to po włosku SENTIRE (wym. sentire)

Widok na Cardeto Dom z Kamienia

życie

Wpis nie bardzo optymistyczny

czwartek, listopada 14, 2019

Toskania Dom z Kamienia

W ostatnich dniach nad Italią przetoczyło się kilka prawdziwych kataklizmów. Obrazki z południa i północy Włoch mroziły krew w żyłach. Najpierw Matera, której ulice zamieniły się w rwące rzeki, a potem Wenecja... 
W środę "Miasto na wodzie" było już na ustach całego świata. Aqua alta osiągnęła drugi co do wysokości poziom w całej historii pomiarów. Ostatnio tak dramatyczna sytuacja była w 1966 roku - w tym samym czasie, kiedy historyczna powódź powaliła na kolana Florencję. Internet pękał w szwach od zdjęć i filmików, jednocześnie często pojawiały się komentarze w stylu -"eee, co roku jest to samo!" 
Ktoś, kto tak mówi, nie ma pojęcia o tym co się dzieje. Wierzcie mi - nie jest to samo. Tu nie chodzi o wodę po kolana i ucieszonych zjawiskiem turystów spacerujących w kaloszkach po piazza San Marco.
Sytuacja w Wenecji jest krytyczna, zalane zostało 80% miasta, a zniszczenia szacowane są na kwoty, których moja matematyka nie ogarnia.

W takim momencie nawet nie śmiem narzekać na pogodę. U nas z krótkimi przerwami tylko deszczowo, ale bez żadnych ekscesów. Dorabiam sobie teorię, że jeśli teraz non stop leje, to grudzień będzie piękny i słoneczny, a to dla mnie ważne, bo przecież zawita do Domu z Kamienia Mama ze Świtą! 
Poza tym trudno mieć do listopada pretensje za deszcze i bure niebo. Minie i paskudny listopad, jak wszystko co złe. Mam nadzieję...


Podobno księżyc w tych dniach był w jakiejś pozytywnej pełni (powiedzcie to wenecjanom!), że niby w byku... Cokolwiek to znaczy. Świat pełen jest bzdur, a już internet kipi od takich farmazonów, że strach się bać! Jakby od księżyca miało zależeć czyjeś powodzenie w życiu. Nie jestem nawet pewna, czy zależy od niego to w jakim momencie powinniśmy sadzić w ogródku czosnek czy kapustę, a co dopiero czyjeś losy. 

W każdym razie mnie ten księżyc w byku nic dobrego nie przyniósł. I szczerze mówiąc wyparował ze mnie cały dotychczasowy optymizm. Ze zmęczenia, ze stresu, z braku gór, przestrzeni, powietrza i słońca zaczynam podpierać się nosem i tylko jak na zbawienie czekam na pozytywne wieści i rozwiązanie problemów. Wtedy może znów zacznę normalnie oddychać.

Ale żeby nie było tylko tak depresyjnie, to na deser kilka pozytywów: 

Chłopcy w szkole radzą sobie jeszcze lepiej niż wcześniej! Obydwaj wzbijają się na wyżyny.

Turystyczny zimowy sezon w Kamiennym Domu zapowiada się bardzo intensywnie. 

Dopisałam w tych dniach kilka stron do e-booka.

Dzisiejszy ranek obudził się bez deszczu.

DRAMATYCZNY to po włosku DRAMMATICO (wym. drammatiko)

Siena

Listopadowa Siena - akt III - Duomo i Santa Caterina

środa, listopada 13, 2019


Kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg Katedry w Sienie z zachwytu odebrało mi mowę. Jest bez wątpienia jednym z tych miejsc, na widok których słowa więzną w gardle... 

Tak pisałam po pierwszej mojej wizycie: 
"Dużo myślałam o tym, co o sieneńskiej katedrze mogłabym napisać, ale im bardziej starałam się być konkretna, tym bardziej wszystko rozpływało mi się w jednym wielkim zachwycie… Jakież maleńkie się poczułyśmy, w obliczu tego wszystkiego. W gąszczu paskowanych kolumn, z marmurowymi posadzkami pod stopami, ze sklepieniem ponad naszymi głowami niemal nierealnym…  

I ta biblioteka, i piętnastowieczne manuskrypty, i freski w kolorach tak nieprawdopodobnie nasyconych. Każdy najmniejszy detal to było zdumiewające dzieło sztuki. To wszystko ludzkie ręce... Człowiek naprawdę potrafi być geniuszem...
Około 800 lat temu zaczęto prace przy budowie kościoła, który miał być największym z największych. Oto przepiękna mieszanka dwóch stylów - gotycki i romański. Trudno sobie nawet wyobrazić czym byłaby dziś, gdyby plan rozbudowy udało się zrealizować". 


Różnica pomiędzy moją pierwszą, a drugą wizytą w sieneńskim Duomo jest taka, że za pierwszym razem nie miałam jeszcze tej świadomości, którą mam teraz. Wtedy zaskoczona i otumaniona takim nagromadzeniem piękna, nie zwróciłam uwagi na pojedyncze dzieła sztuki.  


Po lewej stronie wyróżnia się jasnością marmuru ołtarz Piccolomini. W jego centrum znajduje się czternastowieczna Madonna dell'Umiltà autorstwa Paolo di Giovanni Fei. Malowidło miało być otoczone czternastoma figurami. Zlecenie na wykonanie ołtarza w XV wieku przyjął Pietro Torrigani, ale z nieznanych powodów po wyrzeźbieniu pierwszej figury (święty Franciszek u góry po lewej) zrezygnował z kontynuowania dzieła. 

Na jego miejsce kardynał postanowił wezwać Michała Anioła, znanego już wtedy szerszej publiczności. Był to moment, kiedy w stronę artysty płynęły słowa uznania, po tym jak  ukończył swoje wielkie dzieła w Rzymie - Bachusa i watykańską Pietę. 

W następstwie rzymskiego sukcesu, w tym samym czasie przyszło z Florencji zamówienie niezwykle ważne dla Michała Anioła - wyrzeźbienie Dawida - symbolu Florencji.
W tym wszystkim ołtarz w Sienie wydał się zleceniem małej wagi i ostatecznie również Michelangelo przerwał prace, ukończywszy tylko cztery figury z pozostałych trzynastu do wykonania. San Pietro, San Paolo, San Gregorio i Sant'Agostino możemy dziś oglądać w dolnych niszach po obydwu stronach ołtarza. 
Potomkowie rodu Piccolomini nagabywali Michała Anioła o wywiązanie się z kontraktu - jak wiadomo bezskutecznie. Około 1530 roku oficjalnie "zlecenie" zostało anulowane. Zgasło też zainteresowanie ołtarzem, który po dziś dzień pozostał nieukończony.

 

W Sieneńskim Duomo na uwagę zasługują też witraże. Chyba tutaj po raz pierwszy widziałam witrażową "Ostatnią Wieczerzę". Niektóre z witraży powstały w bottedze Ghirlandaia we Florencji.


Oczywiście mówiąc o Duomo, nie można nie wspomnieć o zachwycającej Librerii Piccolomini udekorowanej bogato przez Pinturicchio freskami przedstawiającymi sceny z życia Piusa II. 


We wnętrzu katedry sieneńskiej poza figurami wyrzeźbionymi przez Michała Anioła znajdziemy dzieła innych wielkich rzeźbiarzy: Berniniego, Donatello oraz Nicola Pisano.

Jan Chrzciciel - Donatello
Nicola Pisano
Nicola Pisano

Katedra w Sienie ze swoim sklepieniem zdobionym gwiazdami na znak nieskończoności, z kolorami, marmurami, złoceniami przywodzi na myśl opowieści tysiąca i jednej nocy. Nie widziałam jeszcze wszystkich "ważnych" włoskich kościołów, niemniej moje drugie spotkanie z Duomo w Sienie utwierdziło mnie w przekonaniu, że wśród tych które odwiedziłam, to właśnie wciąż pozostaje najpiękniejszym.


Wśród fresków, witraży i rzeźb, które zdobią sieneńskie Duomo uznaje się, że jednym z najważniejszych dzieł sztuki jest posadzka... Nawet sam Vasari określił ją najpiękniejszą posadzką, jaka kiedykolwiek powstała. "Obrazy" tak piękne, że aż nieprawdopodobne. By je chronić część z nich pozostaje często zakryta. 


I na koniec opowieści o Duomo w Sienie, żeby nie było tylko tak poważnie artystycznie - historycznie, krótka anegdotka związana z najbardziej znaną sieneńską osobistością - ze świętą Katarzyną.
Z prawej strony Katedry znajduje się słynna "scalinata" - wysokie, strome schodki, którymi można przejść z Duomo do baptysterium. Na jednym z górnych schodków znajdziecie czarny krzyżyk. Podobno to dokładnie w tym miejscu diabeł pchnął świętą Katarzynę, w następstwie czego święta upadła wybijając sobie przy tym wszystkie zęby. 
To oczywiście tylko legenda, w której być może jest ziarnko prawdy. W czasach, gdy święta każdego dnia pokonywała tą trasę w drodze do szpitala, schodków jeszcze nie było, wykonano je dopiero kilkadziesiąt lat po jej śmierci. Faktem jednak jest, że już wcześniej była tu stromizna i o potknięcie się wcale nie było trudno. A czy diabeł maczał w tym palce i czy rzeczywiście Caterina straciła wszystkie zęby? Na te pytania próżno szukać odpowiedzi.

POTKNĄĆ SIĘ to po włosku INCIAMPARE (wym. incziampare)