trekking

Wziąć się z diabłem za bary!

poniedziałek, lutego 17, 2020


Najpierw zapowiedziałam Mario, że ja w niedzielę muszę koniecznie w góry. Muszę i koniec. Objętnie gdzie, nawet znów gdzieś pod domem, ale najważniejsze żeby było w dziczy, z buciorami na nogach, z plecakiem na ramionach i wiatrem we włosach. Bardzo mi te góry po minionym tygodniu były potrzebne. Mario przytaknął, pokiwał głową, a na drugi dzień zadzwonił, że może byśmy ten szlak, który odkryliśmy przed kilkoma dniami porządnie oznaczyli, bo potem znów będziemy odkładać to na wieczne później. Przystałam na propozycję i zaraz dodałam, że skoro znów tam będziemy, to może tym razem, kiedy już szlak oznaczymy, dojdziemy też do tej skały, która dostojnie nad doliną góruje, do tych "massi", które trzymają się kurczowo grani... 


Zaraz na starcie Mario spotkał dawnego znajomego, który akurat w tamte rejony ruszał z wykrywaczem metali na poszukiwanie "skarbów". Nim się rozstaliśmy mężczyzna zdążył pochwalić się ostatnimi znaleziskami, takimi jak na przykład średniowieczna moneta sprzed blisko tysiąca lat! 
Po krótkiej pogawędce każdy ruszył w swoją stronę. 

Znów doczłapaliśmy się do kamiennego domu, tego samego, nad którym piałam ostatnio zachwyty. Mario skrupulatnie oznaczał szlak, tak by nawet najmniej zaprawiony wędrowiec mógł poprawnie odczytać trasę. Poprzycinał też niektóre gałęzie, zwłaszcza te pełne kolców, by nikt sobie krzywdy nie zrobił. 

Prawie jak Kapitan Hook - czyli mam maczetę i nie zawaham się jej użyć.

Kiedy już cały szlak został oznaczony, znaleźliśmy jeszcze jedną ścieżkę, która na moje oko miała zaprowadzić na wystającą skałę. "Poszukiwacz skarbów", kiedy jeszcze staliśmy w dolinie i zadzieraliśmy głowy, by popatrzeć na grań, powiedział, że to skaliste miejsce to Cozzo del Diavolo

Powoli, powolutku, by nie wyzionąć ducha zmierzaliśmy w tamtym kierunku. Po drodze napotkaliśmy jeszcze jeden kamienny dom, jeszcze jedną Madonninę i całe połacie przylaszczek. Ścieżka to zwężała się to rozszerzała stając się miejscami regularną górską drogą.


Na entym zakręcie oceniliśmy, że droga zbyt odchyla się od obranego celu, który znajdował się tuż nad naszymi głowami, a zatem postanowiliśmy iść za nosem, na skróty, "na krechę" - jakby powiedzieli narciarze, tyle, że oczywiście w górę, a nie w dół. 

I wtedy właśnie zaczęła się zabawa. Nie było mowy o zdjęciach, bo obydwie ręce potrzebne były do podciągania się i przytrzymywania. Żartowaliśmy z samych siebie, że prawdopodobnie jesteśmy jedynymi osobami w całej gminie, które uskuteczniają takie wyprawy "poza szlakiem". Prawdziwy off road - tyle, że na nogach. 

Kiedy napinały się wszystkie mięśnie, kiedy wyciskałam z siebie ukryte siły, a dłonie kaleczyłam chropowatymi gałęziami, po głowie telepały się różne słowa. Pomyślałam, że wdrapanie się na szczyt w ten sposób, własną nieoznaczoną drogą - "nie drogą", daje mi dwa razy więcej satysfakcji, że takie mierzenie się z samą sobą wyzwala we mnie nadludzkie siły, daje adrenalinę, która przyprawia o cudowny zawrót głowy. A poza tym inspirującym był dla mnie sam fakt poszukiwania własnej drogi, zamiast podążania jedyną słusznie wytyczoną. 

Zaczęłam dopatrywać się w tym głębszej metafory...

To wszystko trochę jak w życiu. Można iść wygodnym szlakiem, łagodnie pod górę, zmierzać cierpliwie do celu, ale wtedy ten cel smakuje trochę inaczej, trochę mniej intensywnie, niż po tak karkołomnej wspinaczce. W życiu nie zawsze chodzi o to, by było łatwiej...


 Z Cozzo del Diavolo rozciągał się widok na całą dolinę i nie tylko... Widok tak bajeczny, że by móc go opisać tak jak na to zasługuje, moje kompetencje językowe i pseudo poetyckie nie wystarczą. 
Ponad Cozzo grań wznosiła się jeszcze o kilkanaście metrów, a za nią - jak się szybko przekonaliśmy - kryła się łąka jak z filmowej scenerii. Łąka jak taras widokowy, z grupką tulących się ciasno do siebie cyprysów, z panoramą, która obejmowała i Lavane i Gamognę i Sulpiano i Romagnę w oddali na horyzoncie... 
Jak niezwykłe miejsca stworzyła natura...


Każdy satysfakcję znajduje gdzie indziej. Ja znajduję ją między innymi w górach. Na szlaku i poza nim, kiedy mierzę się ze słabościami, kiedy wyciskam z siebie siły, by wdrapać się wyżej i wyżej. Satysfakcja wypełnia mnie za każdym razem, kiedy wracając do doliny oglądam się za siebie na granie, głazy, szczyty i myślę sobie - byłam tam...


Przede mną nowy, bardzo intensywny tydzień. Będą miasta, będzie towarzystwo, przybędzie kochana A.!
A Wy - jeśli jeszcze nie macie pomysłu na wakacje, jeśli szukacie ciszy i niezakłóconego niczym włoskiego folkloru i spotkania z naturą - przybywajcie do Marradi! Pokażę Wam cuda przyprawiające o zawroty głowy!

DOBREGO DNIA!

COZZO DEL DIAVOLO (wym. kocco del diawolo) oznacza BODNIĘCIE DIABŁA