codzienność

Deszcz jak fatamorgana i jeszcze o podróży dwa słowa

czwartek, sierpnia 18, 2022

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Wyszliśmy z domu po kolacji pod pretekstem lodów, ale tak naprawdę żeby pobyć jeszcze chwilę razem. Nad Biforco rozciągnęła się nie wiedzieć skąd tęcza, a niebo było kompletnie niezdecydowane, lazurowo różowe i "chmurzaste" i siwo deszczowe od strony Lavane. Najpierw była tęcza, dopiero potem przyszedł deszcz. Zawróciliśmy po trzystu metrach, bo krople spadały coraz większe i coraz gęściej. Jednak nim doszliśmy do domu, z deszczu znów na chwilę zrobiło się skromne kapanie i rach ciach nad głową zaraz się wypogodziło. Tylko lśniący od wody asfalt przypominał o deszczu. Niebo jakby w moment zatarło o nim jakiekolwiek wspomnienie.

- To już zostaniemy? 
- Ale nie pada. Chyba, że już ci się nie chce?
- Chce. 

Poszliśmy więc drugi raz. W miasteczku panowała cisza. Tak jakby po ostatnich intensywnych dniach wszyscy potrzebowali odpocząć, choć jeśli ktoś miał potrzebę zabawy, mógł znów pojechać do Popolano, bo tam swoją kontynuację miała "sfoglieria". 

Te momenty z jednym dzieckiem czy z drugim, czy wszyscy razem, kiedy idziemy pod osłoną lip na via Francini i gadamy o najróżniejszych sprawach, czasem poważnych, czasem śmiesznych, często abstrakcyjnych - to dla mnie czas najdroższy, najcenniejszy i żadna podróż nie może się z tym równać. 

***
I jeszcze w kwestii podróży.
Do ostatniej chwili targały mną oczywiście różne wątpliwości i poczucie "przyzwoitości matki", że te pieniądze wydane na moją prywatną podróż to grzech do potęgi entej. Odganiałam te myśli jak natrętne muchy, ale te uporczywie, jak na natrętne muchy przystało, powracały. 

Spokój mój zaburzyła też wiadomość od opiekuna mojego pokoju, który opłaciłam dzień wcześniej. Wiadomość napisana była po... hiszpańsku. O Gesù - pomyślałam - jeszcze nie wyjechałam, a już jest cyrk. Treść zrozumiałam bo jednak włoski i hiszpański idą razem pod ramię, ale... Na szczęście opiekun był bardzo komunikatywny i nasza wymiana wiadomości na whatsapp odnośnie mojego przyjazdu miała swój ciąg dalszy już w języku Dantego. Na wszelki wypadek zostawiłam Tomkowi adres pod jakim mam się zameldować. 

- Wiesz to tylko tak, nigdy nie wiadomo. 
- Myślisz, że gdyby cię porwali, to będziesz pod tym adresem?
- No nie, ale to zawsze jakiś punkt zaczepienia. 
- Jakby przed domem stał biały bus to też go sfotografuj - Tomek zaczął "delikatnie" żartować sobie ze zestresowanej matki.
- Proszę cię... 

Potem też wieczorem, kiedy wracałam z Tomkiem z lodów zadzwonił Mario ze smutną wiadomością o tragicznym wypadku na opłotkach Marradi, a to jeszcze bardziej zasiało mój niepokój - może nie powinnam się nigdzie ruszać? 

Powinnam. I właśnie się ruszam, ale ta podróż to też trochę wyjście z własnej strefy komfortu. Czuję, że tak trzeba, zrzucić z ramion jak najwięcej ograniczeń. Przynajmniej tych, które sama sobie stawiam. Odciąć się od absurdalnych lęków i jeszcze bardziej, jeszcze intensywniej żyć, póki życie trwa. 

Pięknego dnia i do usłyszenia w niedzielę! 
Jeśli chcecie podglądać, gdzie mnie wywiało, będę pewnie co jakiś czas instagramować. Tak myślę, choć kto to wie. 
 
HISZPAŃSKI to po włosku SPAGNOLO (wym. spaniolo)