#iorestoacasa

Małe - wielkie radości i zapach morza...

poniedziałek, kwietnia 06, 2020


Myślę, że każdy z nas ma jakieś natręctwo. Kto mnie zna, ten wie na przykład, że narzuta zsunięta z kanapy doprowadza mnie do szału, podobnie okruchy na stole. Tak mam i już. Paw natomiast nie lubi jak mu ktoś w kostce masła dziury robi, jego masło trzeba "skrobać" z sensem, czyli starając się zachować wciąż regularną kosteczkę. Mojej Mamie włos się na głowie jeży na widok firanek w nieładzie, Tomek ma natręctw chyba więcej niż wszystkich klocków lego i tak mogę wyliczać bez końca. Natręctwa natręctwami, ale chyba nikt nie lubi i szału dostaje jak mu krem do opalania wpadnie w piasek. Czy jest ktoś, komu zapiaszczona buteleczka nie przeszkadza?  


Ale teraz zmieńmy perspektywę. Jeśli takie lekko zapiaszczone opakowanie wyciągamy w czasie kwarantanny z zeszłorocznej plażowej torby, to zaręczam Wam, że zamiast nerwów, aż człowieka ze wzruszenia w gardle ściska... 
Piasek... Adriatyk, lato, szum morza, muszelki, upał, wolność... Jak cudownie było tą zapiaszczoną buteleczkę znaleźć.


W gardle ścisnęło mnie podwójnie. Widok kilku ziaren plażowego piasku przywołał wspomnienie naszych wypadów nad morze - przecież w taki dzień jak wczoraj to w normalnych czasach grzechem byłoby nie być nad morzem. Na pewno opiekałabym się w Lido di Dante, zamiast na tarasowych kamieniach... Po drugie sam zapach kremu bilboa, jest tym, który nieustannie od lat jest dla mnie kwintesencją wakacyjnego dolce far niente. Żaden inny krem, tylko ten ma właśnie tak niesamowity zapach...

- Tu pachnie morzem... - powiedział Mikołaj wchodząc do domu. 
- Nie, to Pusia nasmarowała się kremem - odpowiedział mu z drugiego pokoju Tomek. 

Tomek: Pusia, zrobię ci zdjęcie...
W niedzielę znów zjedliśmy obiad na tarasie. Sam taras został też uporządkowany i przeorganizowany na tryb letni. Spod ściany na drugi brzeg znów wyjechały donice z oleandrami. Ławki wyłożyłam poduchami i większość weekendowego czasu spędziłam pod gołym niebem. W Biforco przez cały dzień widziałam zaledwie kilka osób. Dosłownie garstka. Jakby ludzie wyginęli... 

Wieczorem podjechali na chwilę właściciele baru. Z pewnością przywieźli coś z zaopatrzenia na następny dzień do alimentari. Fausto wysiadł z samochodu i kiedy zobaczył mnie stojącą na tarasie, pomachał tak wylewnie, jak zwykle robią to Goście przybywający na wakacje do Domu z Kamienia. Wtedy przypomniała mi się też Sandra, która kilka dni wcześniej, gdy szłam po zakupy zawołała z okna "Kasia!", tylko po to, by z daleka mnie pozdrowić. Wszystkim jest trudno w kwarantannie, ale Włochom chyba szczególnie. Oni przecież mają w swojej naturze niezwykłą potrzebę bycia wśród ludzi, rozmów, kontaktów. To pomachanie sobie z daleka jest teraz taką drobną radością, minimalną namiastką "bycia" z ludźmi.


To był dobry weekend. Małych radości było przecież tak wiele... I te nasze posiłki, gry, żarty, kwiaty, słońce i taras sam w sobie i pizza znakomita i kieliszek wina na wirtualnym aperitivo z O., rozmowy z bliskimi, lektura, pszczoły i motyle, zapach powietrza, zapach morza...

Zanim napiszę Wam - dobrego tygodnia, jeszcze jedna ważna rzecz.

DZIĘKUJĘ - dziękuję nowym Patronom. To trudny czas dla wszystkich, tym bardziej jestem wdzięczna za Waszą pomoc. Będę wdzięczna do końca życia... 
Dziękuję też Wam wszystkim - Czytelnikom za komentarze, to teraz szczególnie miłe móc poczuć, że po drugiej stronie jest ktoś kto czyta. 

A teraz już:
DOBREGO DNIA! DOBREGO TYGODNIA!

POZDROWIĆ to po włosku SALUTARE (wym. salutare)