Tomek

Świeczki, przyjaciele, przeistaczanie...

środa, lipca 08, 2020


To był dobry dzień. Najważniejsze w tym dobrym dniu było to, że Tomek był szczerze uradowany. Uradowany tym, co zaplanowane i tym, co całkiem niespodziewane. Nawet kurier z ważną przesyłką, na którą oszczędzał od długiego czasu zjawił się właśnie w jego urodziny. Szczęście nie do opisania! 

Wszystkim Wam w imieniu Tomka jeszcze raz dziękuję za życzenia. 

Dzień był dobry, bo w końcu znów w przyjacielskim gronie usiedliśmy do stołu. Po długich miesiącach do Marradi powróciła Ellen i na jednym torcie stanęły świeczki dla dwóch jubilatów - po jednej na jedną pełną dziesiątkę. Oczywiście znów zapomniałam o numerkach. Jedna świeczka dla Tomka, sześć dla Lexa. To nic, że do kolejnej dziesiątki już bliżej jak dalej - Ellen stwierdziła, że nie będziemy nikomu lat dodawać. 

Jak niesamowicie plecie się czasem życie. Siódmego lipca '54 roku gdzieś w Holandii przychodzi na świat Lex. Dokładnie pół wieku później 7 lipca w Warszawie rodzi się Tomek. Ich ścieżki spotykają się jakieś dziesięć lat później w Italii.   


To nic, że ze świeczkami było cudowanie i tworzenie "logarytmów", najważniejsze, że tort smakował, że wspólny czas minął wspaniale, że w ogóle jest obok ktoś z kim można świętować urodziny. Odśpiewaliśmy "sto lat" w kilku językach. Podzieliliśmy się różnymi opowieściami, powspominaliśmy porodowe - przedporodowe  - noworodkowe i późniejsze czasy. Oj dużo, bardzo dużo wspominaliśmy... 
Aby było ciepło i rodzinnie - nie zawsze muszą być więzy krwi.     
Grazie Ellen! Grazie Lex!


Trudno mi uwierzyć w te szesnaście lat Tomka. Trudno czasem nadążyć za galopowaniem czasu. Patrzę jak dorasta człowiek. Człowiek, który wykluł się z mojego brzucha. Człowiek, którego skrzydła robią się coraz bardziej kolorowe, którego skrzydła rozkładają się coraz szerzej i szerzej, coraz pewniej, coraz śmielej... Człowiek, który ma wiele do powiedzenia. Człowiek ciekawy świata, pełen nadziei, marzeń, ambicji. Człowiek mówiący kilkoma językami, człowiek kreatywny, myślący. 
Mój syn.
To dla mnie wielki zaszczyt stać obok i podziwiać tą niesamowitą metamorfozę, przeistaczanie się z dziecka w mężczyznę.


Tymczasem lipiec ma się dobrze. Zapach lip zgasł już niestety całkowicie. Moja głowa zmęczona i rozkojarzona, cały czas myśli, kalkuluje, analizuje. Część wrześniowych rezerwacji się odwołała, więc myślę, że przyspieszymy odrobinę naszą przeprowadzkę. Taką przynajmniej mam nadzieję...

DOBREGO DNIA!

RODZIĆ SIĘ to po włosku NASCERE (wym. naszere)

Tomek

Wszystko trwało kilka sekund... a to już 16 lat!

wtorek, lipca 07, 2020


To wszystko - mam wrażenie - trwało kilka sekund... Kilka sekund, które decydowały o życiu. Ktoś wcisnął mi telefon do ręki i kazał dzwonić do męża, ktoś ściągał łańcuszek z kostki,  dookoła łóżka miałam zespół specjalistów niczym ci, którzy podczas wyścigów formuły 1 zmieniają koła. Tętno, którego dźwiękiem wypełniała się cała sala porodowa powoli zanikało.
Nie zdążyłam się nawet rozpłakać ze strachu. 

Bardzo często wracam myślami do tamtego momentu i myślę - co by było gdyby. Jak dobrze, że znaleźli się przy mnie ludzie odpowiedzialni, przytomni, że zareagowali w ułamku sekundy. 
To wszystko naprawdę trwało kilka sekund...


- O! Taką sobie pępowinę wyhodował - opowiadał na drugi dzień lekarz otwierając ręce jak Domenico Modugno, który śpiewa Volare. - Taka długa! Owiniętą miał nią szyję dwa razy i trzymała go też pod pachami, na krzyż. Zupełnie jakby urodził się w szelkach.

Tak właśnie na oddziale nazwano Tomka - "chłopiec, który urodził się w szelkach". 

Drobniusieńki, z gigantycznymi oczami. Śliczny! Nie jakiś tam napuchnięty noworodek! 
Miał zaledwie rok i dwa miesiące, kiedy powiedział pierwsze zdanie: "Będzie padać" i zaraz potem "Kopara jedzie". Jak matka kronikarka mogłaby nie pamiętać takich rzeczy... Wszystko zapisane.

Do około dwóch i pół roku nie przespał ani jednej całej nocy. Co to było za utrapienie z tym jego spaniem. Nawet w wózku czort jeden nie spał. Rundka po parku i zaraz szukanie ławeczki, bo ten tak się darł, że się ludzie jak na wyrodną matkę patrzyli. A z jedzeniem jakie były cyrki! Ani go karmić, ani kłaść do snu! Nasze biuro było wtedy blisko, więc dzwoniłam do brata: przyjdź na chwilę, porób z siebie wariata, Tomka muszę nakarmić.
Dziś potrafi spać do południa i zjeść tyle, że czasem aż strach... 

Miał ledwie dwa tygodnie, kiedy pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę - do Krakowa. Potem dwa miesiące i pierwsze morze - tam też się darł w niebogłosy, nawet szum fal go nie lulał. Potem były Bieszczady, Zakopane i w końcu pierwsza zagraniczna podróż na Węgry. Miał dokładnie roczek. 
Zawsze uważałam, że z podróżowaniem nie można czekać. Że zawsze jest dobry czas, a dziecko podróżujące od niemowlęctwa zawsze i wszędzie się w życiu odnajdzie. Tak było z Tomkiem. 

W lipcu 2007 zatrzymaliśmy się na ostatnim włoskim autogrillu. Wtedy wyściskałam trzyletniego Tomcia urodzinowo. Nie przypuszczałam nawet, że przez wszystkie kolejne lata zawsze urodzinowo będę go ściskać na włoskiej ziemi. 

Tomek jest taki "magiczny" mówili wszyscy i rzeczywiście Tomek ma w sobie to "coś". Pełen twórczych wizji, pełen fantazji, pełen marzeń, pełen planów, nie stawia sobie ograniczeń, nie poddaje się. Przy tym piekielnie inteligentny, często sarkastyczny, nie zna słowa nuda. Kinomaniak, legomaniak, meloman i chyba największy fan Gwiezdnych Wojen jakiego znam.

Mam nadzieję, że to nasze włoskie życie będzie dla niego trampoliną, że znajdzie swoje miejsce w tej Arizonie, Australii czy gdzie sobie wymarzy. Mam nadzieję, że uda się z tymi zagranicznymi studiami. Mam nadzieję, że przede wszystkim będzie w życiu szczęśliwym człowiekiem - gdziekolwiek, jakkolwiek i z kimkolwiek. 


16 lat bycia mamą wspaniałego człowiek (dwóch wspaniałych ludzi, ale dziś mowa o Tomku), to najpiękniejsze co dostałam od życia. W te szesnaście lat aż trudno dziś uwierzyć. Tomka narodziny były moim największym, najbardziej nieprawdopodobnym spełnionym marzeniem, a te wszystkie lata to jak najbardziej ekscytująca podróż i przygoda. 

Tomeczku! Perełko! Kwadratowy Ludku!
DZIŚ ŻYCZĘ CI, ŻEBYŚ BYŁ ZDROWY, ŻEBY NIGDY NIE ZABRAKŁO CI WIARY W SAMEGO SIEBIE, SIŁY DO REALIZACJI PLANÓW I ŻEBYŚ ZAWSZE UMIAŁ ZADBAĆ O WŁASNE SZCZĘŚCIE!
TANTI AUGURI AMORE MIO


Na mnie już czas. Tort jeszcze nie gotowy. Na torcie staną świeczki dla dwóch jubilatów. Ciekawe czy ktoś pamięta z kim Tomek swoje urodziny świętuje?

DOBREGO DNIA!
SZESNAŚCIE to po włosku SEDICI (wym. sediczi)

Santerno

Powrót nad Santerno i nowe wakacyjne tendencje

poniedziałek, lipca 06, 2020


Tak bardzo prosił Tomek o Santerno, że nie miałam sumienia kolejny raz odkładać tego na potem. Niestety przy moim natłoku zajęć w ostatnich czasach jedynym dniem, kiedy gdzieś możemy się ruszyć jest niedziela, a niedziela - wiadomo - to dosyć trudny dzień. To dobry dzień, żeby powłóczyć się po miastach, ale słaby jeśli chodzi o morze, o rzekę, o jezioro, zwłaszcza w sezonie. 
I tak właśnie było wczoraj...
Podjechaliśmy w nasze ulubione miejsce, gdzie przyzwyczajeni byliśmy być sami, a już trzy obce samochody były dla nas tłumem i aż jęknęliśmy na widok ciasno wypełnionego autami placyku. Dobrze, że ranger wszędzie się wciśnie, więc jakoś go niemal w rowie upchaliśmy, ale widok tak ućkanego parkingu dobrze nie wróżył... 

Na szczęście rzeka jest długa i zakątków miłych nie brakuje, jakoś ten swój kawałek skalistego brzegu znaleźliśmy, ale to było zupełnie co innego niż wcześniej. 
I to jest efekt życia w świecie ogarniętym pandemią. To samo zjawisko obserwujemy też w naszej dolinie. Droga wzdłuż Lamone za Biforco w stronę Crespino też gęsto oblepiona jest teraz autami. 
Myślę, że składa się na to kilka czynników. Po pierwsze w tym roku Włosi zostali w domu i zdecydowana większość za granicę raczej się teraz nie wybiera. Po drugie sytuacja finansowa wielu osób nie jest różowa. I dlatego też wersja plażowania na dziko, wydaje się o wiele bardziej bezpieczna, kusząca i wygodniejsza - bez zbędnych procedur, niż na zagospodarowanych plażach w kurortach.  

W niedzielę Santerno przeżywało prawdziwe oblężenie. Oczywiście pisząc oblężenie nie mam na myśli widoków jak w lipcu nad Bałtykiem. Oblężenie nad Santerno to znaczy więcej niż dwadzieścia osób... To my żyjąc w Marradi do odrobinę większego zaludnienia nie jesteśmy chyba już przyzwyczajeni. 

Woda po ostatnim deszczu i gradobiciu nie była jeszcze lazurowo krystaliczna, ale chłopcom to w niczym nie przeszkadzało i z wyczekanej kąpieli korzystali z radością. 
Santerno z ludźmi czy bez, z wodą lazurową czy zmuloną górskim pyłem, jest niezmiennie zachwycające. Gdybym miała stworzyć ranking top miejsc w Appennino Tosco Romagnolo, ta rzeka na pewno byłaby na jednej z pierwszych pozycji. Byliśmy tam już tyle razy, a wciąż zachwycam się na nowo...


Wróciliśmy do domu przed kolacją. Szczerze mówiąc byłam wypompowana i już nic mi się nie chciało, ale z drugiej strony siedzieć w te piękne wieczory w domu? To się nie godzi. Siedzieć w domu to będziemy jak znów nastanie listopad. 

O 21.00 marradyjski plac rozbrzmiał tradycyjnie muzyką. Letni koncert Banda di Popolano przyciągnął wiele osób i był chyba pierwszą od długiego czasu okazją do zebrania się i pobycia wśród ludzi. 
Dziś nie wiem jeszcze ile w tym roku atrakcji się odbędzie, co zostanie z wakacyjnego kalendarium. Szczerze wątpię w Noc Czarownic, nic o stralunatach też się nie mówi, poza tym pierwsza była zawsze już w czerwcu. Na ten moment potwierdzone są jedynie czwartkowe mercatini i degustacja zapomnianych, tradycyjnych dań. A co dalej? Zobaczymy. 
Już chyba nikt się nie łudzi, że ten rok wróci do tak zwanej normalności.


Kolejny poniedziałek na start. Pierwszy lipcowy poniedziałek. Cykady już trajkoczą. Kaczki śpią pod oknami na rzecznych kamieniach. Dziś z pracą nawet mniej intensywnie, ale trzeba zrobić tort, bo jutro przecież wielkie święto matki i syna. Dziś też po południu spotkam się z ukochaną przyjacielską duszą, która po długich miesiącach powróciła na marradyjskie łono. Mam nadzieję, że to będzie dobry dzień.

WĄTPIĘ to po włosku DUBITO (wym. dubito)

Moda

A wszystko to przez Caterinę... oraz mała petycja

niedziela, lipca 05, 2020


Czasem otwieram szafę i patrzę na te wściekle seksowne sandałki od Roberto Cavalli, na te zamszowe, soczyście fioletowe szpilki Miu Miu, na te Cesare Paciotti, których obcas jest jak miniaturowa rzeźba i jeszcze te i tamte i inne... Tak, tak, to moja szafa. Moje buty. Relikty dawnych, odległych jak cywilizacja Etrusków, innych, dziwnych, "lekko" nowobogackich czasów, za które dziś kiedy trudno związać koniec z końcem tak bardzo mi wstyd.


Patrzę i czasem mnie ściska na wspomnienie tej durnoty. Teraz taka para butów to często nasz budżet na dwutygodniowe przeżycie albo i lepiej... Pewnie, że lepiej! Co mogłam sprzedałam w ostatnich latach, ale to i tamto zostało, bo jaki sens sprzedawać za pięć euro parę butów, za które można było przez miesiąc przyhamować głód w Afryce. Leżą sobie gdzieś w szafie i tyle, bo i tak na co dzień śmigam w starych, wygodnych sandałkach, które jeszcze chwila i się rozpadną. Kiedyś w kilkunastocentymetrowych szpilkach mogłam uprawiać biegi przełajowe, dziś jednak, kiedy tacham siaty z zakupami byłabym w takim wydaniu karykaturą samej siebie. 


Czasem jednak na wyjątkowe okazje, a częściej nawet bez okazji, bo drzemie we mnie przewrotna dusza, ot dla kaprysu wyciągam te relikty przeszłości i przez jeden wieczór zgrywam divę, choć każdy wie, że z divy zostało we mnie tyle, co z pomidorów w ogródkach marradyjczyków po ostatnim gradobiciu.

"Divę" zgrywałam właśnie wczoraj wieczorem i przyznam się uczciwie, że winna temu była... Caterina de Medici! Tak, Katarzyna Medycejska tak mi w głowie namieszała, że ku zaskoczeniu chłopców, postanowiłam przez jeden wieczór przydać sobie odrobinę czegoś tam... Jak się tak głębiej zastanowić to okazja była słuszna - kolacja w jednej z najlepszych restauracji jakie znam - Santa Barbara.


- Wino? - zapytałam jak tylko dotarliśmy do świętej Barbary. 
- Wino? - zapytał Mario.
- Wino i zdjęcie. 
Mario popatrzył i zaraz zniknął, by chwilę później pojawić się posłusznie z kieliszkiem chłodnego sangiovese
- Wiesz kto wymyślił szpilki?
- Nie - Mario patrzył na mnie tak, jakby każdą komórką próbował zrozumieć o co mi w ogóle chodzi. 
- Szpilki wymyśliła Caterina de Medici! A teraz zrób mi zdjęcie. O tu. 
Zrobił zdjęcie, jedno drugie, piąte dziesiąte, a Tomek za plecami przedrzeźniał to jego to mnie - matkę - divę - a ja w międzyczasie tłumaczyłam jak to z tymi szpilkami było...


Ważnym czasem w historii mody był na pewno XVI wiek. Wtedy to swoją pozycję ugruntował but na szpilce. Od 1550 roku zaczęto produkować buty, w których podeszwa i obcas były już dwoma osobnymi elementami. But miał być wygodniejszy, stabilniejszy, ale też subtelniejszy
Caterina de' Medici już jako czternastolatka była zaręczona z przyszłym królem Francji. Sama niskiego wzrostu i drobniutkiej postury onieśmielona była osobą swojego przyszłego męża, całym dworem, wizją zostania królową oraz słynną kochanką Henryka Dianą de Poitiers. Aby więc poczuć się silniejszą, wyższą i oszołomić nie tylko męża, ale też cały francuski lud, na przyjęcie weselne zestroiła się w buty na siedmiocentymetrowej szpilce... 
  

Każda kobieta albo przynajmniej zdecydowana większość wie, że szpilki na nogach to inna postawa, inny, uwodzicielski krok, inna pewność siebie - i za ten wynalazek musimy być dziś wdzięczne właśnie Katarzynie Medycejskiej. 
To wszystko wyczytałam w czasie sobotniej sjesty i dlatego moje szpilki na jeden wieczór wyszły z dna szafy. Przez jeden wieczór być jak tamta słynna Caterina... 


Do szpilek oczywiście jedna z sukienek Pani Basi jako przyczynek do dzisiejszej petycji:

Basiu "postulaty" są dwa. 
Jeden od moich Czytelniczek. Zacytuję: "A czy Pani Basia mogłaby zaprojektować sukienkę bez talii, bo nie wszystkie mamy talię taką jak twoja". Ja akurat uwielbiam podkreślać talię, ale może Basiu jakieś pomysły dla kobiet, które akurat tego w swojej figurze nie lubią? 

Drugi postulat jest mój. Jak wiesz uwielbiam sukienki i w ogóle cały rok mogłabym w sukienkach paradować i gdybym tak nawet w moje ukochane góry w sukienki mogła się stroić to już byłoby całkiem pięknie! Może pomyślisz o modelu sukienki dla "kobiet wędrowniczek"? Ale nie taką w stylu Indiana Jones czy ciężkim militarno sportowym, niech mimo przeznaczenia "trekkingowego" będzie maksymalnie kobieca, niech ma więcej kieszonek, niech nie będzie ani za długa - bo będzie zaczepiać się o krzaki i jeżyny, ani za krótka, bo czasem na kamieniu z kanapką trzeba przysiąść. Niech będzie piękna, kolorowa by nawet na szlaku móc być kobietą, a nie zwykłym drwalem. 
To tyle w kwestii petycji - może jeszcze inne Czytelniczki dodadzą coś od siebie.

A wracając do naszego wieczoru - piękny był jak nie wiem co. Taki leniwy, sentymentalny, bo nagle na wspominki się nam zebrało. Mario w wyjątkowym nastroju do bajania opowiadał o dawnych czasach, a opowieści tych ja mogłabym słuchać bez końca. Wspominaliśmy Puglię i Lutirnao i Pianorosso i nasze wojażowania... 
Ruszyliśmy już spacerem do domu - ja oczywiście w ukochanych rozciapanych sandałkach, bo ileż można udawać kogoś innego, ale wcześniej Mikołaj jako najwyższy z grupy wdrapał się z nożyczkami na drabinę i ceramiczną świętą Barbarę nad wejściem oczyścił z nadmiaru bluszczu, wypucował Mario samochód, nawygłupiał się za wszystkie czasy i tak wspaniały lipcowy wieczór dobiegał końca...

A dziś niedziela i plany na dziś są wyjątkowo bogate. Na mnie już czas, bo filmowe śniadanie ktoś musi przecież przygotować. Dobrego dnia!

OBCAS SZPILKA to po włosku TACCO A SPILLO (wym. takko a spillo)

sukienka: https://madame.com.pl/pl/


Florencja

Monte Morello - jeszcze jeden widok na Florencję

sobota, lipca 04, 2020


Czas dokończyć niedzielną florencką opowieść... Został jeszcze jeden punkt naszej wyprawy, o którym również - jestem przekonana - tylko nieliczni wiedzą. Mowa o Monte Morello - najwyższej "florenckiej" górze. 
Monte Morello w najwyższych punktach ma ponad 900 metrów wysokości. To nie tylko kolejny punkt widokowy, z którego widać niemal całe miasto, ale przede wszystkim ulubiona letnia baza wypadkowa florentyńczyków. Mogą tu wędrować kilometrami malowniczych szlaków, urządzać pikniki, to tutaj też ruszają na poszukiwanie grzybów i dzikich szparagów. Kiedy Florencja rozgrzewa się w lipcu i sierpniu jak piec hutniczy, Monte Morello tuż "za płotem" kusi zielenią, powiewem świeżego powietrza i przestrzenią. 


Monte Morello znajduje się na północny zachód od miasta i zajmuje po kawałku terytorium trzech sąsiadujących ze sobą gmin: Sesto Fiorentino, Calenzano i Vaglia. Dziś góra jest bujnie zalesiona, dlatego właśnie florentyńczycy tak chętnie szukają tu wytchnienia od upałów, ale warto wiedzieć, że w XVI wieku za czasów Cosimo I lasy zostały niemal kompletnie wycięte, a drzewa z Monte Morello posłużyły jako materiał do budowy dachu Uffizi. 
Góra została ponownie zalesiona z inicjatywy Pietro Leopoldo pod koniec XVIII wieku. Wielki Książę zaangażował do tego mnichów z Vallombrosy, Camaldoli i sąsiedniego Monte Senario. 
Oprócz szlaków i przyrody na Monte Morello znajdziemy też kilka punktów restauracyjnych.

"Florencka góra", o której już pierwsze wzmianki na piśmie pochodzą z czasów Longobardów, może być ciekawą alternatywą dla tych, którzy spędzają wakacje w bliskich okolicach Florencji - przede wszystkim dla tych, którzy lubią trekking i po solidnej dawce renesansowego piękna spragnieni będą odrobiny wysokości i przestrzeni. 

I to już tyle w kwestii ostatniego florenckiego wojażowania. W międzyczasie we Florencji byłam jeszcze raz, ale już nie dla własnego odkrywania, tylko po to, by tym co do tej pory odkryłam podzielić się z innymi. M. i P. dziękuję za florencki wtorek i za wysłuchanie i za wino i za wspólnie przedreptane naście kilometrów... To są takie chwile, kiedy szczególnie mocno czuję jak bardzo kocham to co robię.


 Oczywiście planuję już kolejną wycieczkę, bo tyle miejsc spisanych w notesie czeka na sfotografowanie, tyle wciąż historii do opowiedzenia. Tyle jeszcze nowości dopisałabym do pierwszej części... Myślę coraz częściej, że jako uzupełnienie będę musiała przygotować również trzecią część Sekretów. Ale wszystko w swoim czasie... 


Tymczasem przed nami pierwszy lipcowy weekend. Chyba uda nam się wyciągnąć Mario nad rzekę. Burze z gradobiciem już się nad nami przetoczyły i zapowiada się kolejny piękny, upalny dzień. Mam nadzieję, że uda się złapać porządny oddech, bo po tym tygodniu zaczynam podpierać się nosem. Miałam jeszcze napisać publicznie "petycję" do Pani Basi, bo kilka inspiracji sukienkowych po głowie się telepie, ale to już zostawmy na jutro!

Dobrej, słonecznej soboty!

GRAD to po włosku GRANDINE (wym. grandine)

życie

Smakowanie przyjemności

piątek, lipca 03, 2020


Po 18.00 zadzwonił Mario, by zapytać o kolacyjne plany. 
- Może przywiózłbym pizzę?
- Wspaniale!
Byłam wniebowzięta, bo po pierwsze czułam się rzeczywiście zmęczona jak koń po westernie, a po drugie dalej pod skórą miałam tę tęsknotę, która zalęgła się we wtorek i na samą myśl, że ktoś chce mi zrobić przyjemność, aż mi się ciepło na sercu zrobiło. Pizza była pyszna, a nawet jakby taka obiektywnie nie była, to dla mnie by była - bo już samo to, że ktoś przywiózł i pod nos podstawił. W ogóle w kwestii jedzenia to ostatnio zajadamy same smakowitości. Poza pieczonymi nadziewanymi kwiatami cukinii, które są tegorocznym hitem przedwczoraj jedliśmy też jajka smażone z prawdziwkami i kurkami! Mario co jakiś czas jeździ na przeszpiegi i niby coś tam znajduje, ale nie żeby było tych grzybów całe kosze. Jeszcze trzeba chwilkę poczekać.


Wieczorem poszłam z chłopcami do Marradi na obiecane lody. Zapowiedziałam im to już dzień wcześniej, bo kiedy w środę po kolacji zaległam na kanapie, dopadło mnie nagle uczucie niedopuszczalnego marnotrastwa czasu, marnotrawstwa letnich, ciepłych wieczorów. Chłopcy na nowe zarządzenie przystali z radością. 
To jest najpiękniejsze co mam: nasz wspólny czas w Toskanii. Toskańska codzienność z chłopcami. Rozmowy bez końca, czułość i to wszystko co dookoła. Te letnie wieczory też i poranki i południa...


- Co byś wybrała: nas czy Włochy? - zapytał w pewnym momencie Mikołaj.
- Was - odpowiedziałam bez chwili namysłu. - Wy będziecie zawsze najważniejsi. Nie ma nic co w hierarchii ważności mogłoby kiedykolwiek stanąć przed wami.
- Nawet babcia? 
- Nawet babcia będzie za wami.
- Biedna babcia. 
- Nie biedna. Taki jest świat. Ja, wujek jeden i drugi też na pewno jesteśmy dla babci ponad wszystkim innym. 
- Czyli jak Tomek będzie miał syna - dedukował Mikołaj - to ten syn będzie dla niego ważniejszy niż ty?
- Oczywiście. 
- A dla ciebie? 
- Dziś wydaje mi się, że Tomek, ale ja nie jestem jeszcze babcią, więc nie wiem jak to jest. Czy wnuk w tej hierarchii przeskakuje na czoło? - sama się w myślach zaczęłam nad tym zastanawiać. - A tak w ogóle w kwestii miłości. Czy was naprawdę miłość nie interesuje?? 
- Nie.
- Ale nie możecie być tacy nieczuli i ostentacyjnie pokazywać, że miłość to NIE. Co to za życie bez miłości?!
- No dobrze, dobrze, ale to kiedyś - skapitulował Tomek.
- Najpierw to ja mam moje plany! Marzenia! - bronił się Mikołaj.
- Ale wiesz, życie jest nieprzewidywalne. Na przykład będziesz leciał do tych swoich Air Force, w drodze spotkasz miłość i nagle zamiast polecieć na Marsa zostaniesz rolnikiem w Mozambiku.
- Zwariowałaś Pusia? - Oburzył się Tomek. - To on chyba musiałby być nienormalny, żeby porzucić swoje marzenia! 
- Czego się nie robi dla miłości...
- Własnych marzeń dla nikogo się nie porzuca.

Jak życie się potoczy, to czas pokaże. Może ktoś powie, że to egoistyczne, ale mnie słowa chłopców ucieszyły. Choć zrobiłam to pewnie nieświadomie, to jednak gdzieś tam udało mi się przekazać im jedną ważną rzecz - żyjemy przede wszystkim dla siebie. A może to wcale nie ja im to przekazałam... Może to nauka, którą oni gdzieś tam przypadkiem sami z życia wyciągnęli.


- Bez niego to już nie to samo... - powiedział smutno Franco nakładając chłopcom lody. 
- Eeee... - westchnęłam w odpowiedzi, bo zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć. Człowiek w takich sytuacjach nigdy nie wie co powiedzieć. Pewnie, że bez Alvaro to już nie to samo. Jeśli dla nas klientów jest inaczej, to co dopiero dla braci, którzy całe życie stali z nim razem za barem. 
- Nie mam semifreddo - powiedział Franco do Mikołaja, bo Mikołaj w barze Bianco zamiast klasycznych lodów zawsze brał słuszną porcję jedynego w swoim rodzaju semifreddo.
- To nic. Mogą być jagodowe.
- Wiecie, że Alvaro do jagodowych zawsze przywoził jagody z Abetone? 
- Serio?
- Zawsze. Jeździł tam na narty, był zapalonym narciarzem i wtedy właśnie zamawiał dzikie jagody. To jeszcze z jego zapasów. Semifreddo natomiast powstało przez przypadek...
- Tak jak wiele innych przysmaków! To ciekawe. I teraz już nikt tego nie powtórzy...
- Powtórzę! Alvaro zostawił swoje przepisy. Trochę się przy nim nauczyłem. - Cień uśmiechu przemknął po twarzy Franco. - Następnym razem jak przyjdziesz, będzie semifreddo - powiedział już do Mikołaja. 
- Tortów nie ma? - zapytałam patrząc na pustą lodówkę, którą zwykle wypełniały cuda Alvaro: moje ukochane meringhe i millefoglie
- Torty też jeszcze będą, tylko lodówka się zepsuła. Dla ciebie? 
- Dla mnie kieliszeczek wina bianco frizzante
Wieczór był gorący i spokojny. Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Chłopcy zajadali lody, a ja znów sączyłam chwilę i chłodne wino...


Na mnie już czas i żeby przy piątku tak bardzo nostalgicznie nie było:

- Mikołaś czy możesz już wyrzucić te skarpety? - Powiedziałam patrząc na białe falbanki falujące wokół kostek Mikołaja i dziurkę na środkowym palcu. 
- Dlaczego? 
- Bo aż takiej biedy nie ma. Kupię nowe. 
- A po co? Przecież te jeszcze działają.
Kurtyna. 

Dobrego dnia!

JAGODY to po włosku MIRTILLI (wym. mirtilli)