Florencja

Drzwi, balkon i niepokorny architekt

wtorek, stycznia 28, 2020


- Jakie jesteśmy dziś eleganckie! - uśmiechnęła się Ellen na przywitanie, gdy w poniedziałkowy poranek spotkałyśmy się w pociągu.
Nie żebyśmy były jakoś szczególnie wystrojone, ale jednak wyglądałyśmy inaczej, niż kiedy ruszamy razem w góry. Wspólny wyjazd do Florencji zaplanowałyśmy po raz pierwszy odkąd się znamy i cieszyłam się na ten dzień jak wariat, bo wiedziałam, że czas spędzony z Contessą w najpiękniejszym mieście świata, będzie wyjątkowy. 


I taki rzeczywiście był, bo Ellen tak jak ja zachwyca się wszystkim. Kiedy jesteśmy w górach, przystajemy przy kwiatkach, krzewach, gałązkach. We Florencji natomiast zatrzymywałyśmy się przed starymi drzwiami, wciskałyśmy w ciasne zaułki, prywatne dziedzińce, zadzierałyśmy głowy, by zerknąć na sufity, gzymsy, lampy, żyrandole... Wiem, że do toskańskiej stolicy wrócimy razem nie raz i nie dwa...


Celem mojej poniedziałkowej wyprawy, było pewne miejsce, o którym żadne polskojęzyczne źródła nie wspominają. Miejsce całkiem niezwykłe. Znów chciałoby się powiedzieć - tak daleko, a tak blisko, pod samym nosem turystów, bez opłat za wstęp, dla wtajemniczonych... 

Opowiem Wam o nim już jutro. 

Ponieważ poniedziałek jest dniem, w którym można podziwiać Cenacolo Ghirlandaia, postanowiłam zaprowadzić Ellen do kościoła Ognissanti. Tam czekała na nas nie tylko krótka lekcja sztuki, ale też surowa reprymenda ze strony pewnego starszawego jegomościa. Co takiego się wydarzyło? O tym też napiszę już jutro.

Ale żeby nie było tak, że tylko narobiłam smaku, pomachałam tą Florencją przed nosem, a wszystko jutro, dziś też mam dla Was mały lokalny "smaczek". 

Czy słyszeliście kiedyś o odwróconym balkonie?
Pod numerem 12 na Borgo di Ognissanti znajduje się kamienica z dosyć osobliwym balkonem. Jeśli się uważnie przyjrzycie, zobaczycie, że barierka jest odwrócona do góry nogami.
W dawnych czasach domy w rejonie Ognissanti znajdowały się w większości w posiadaniu rodziny Vespucci. I tak pewnemu architektowi zlecono wykonanie projektu renowacji kamienicy pod numerem 12. Właściciele życzyli sobie, by budynek został powiększony o balkon. To jednak kłóciło się z założeniami urbanistycznymi jakie wymyślił sobie Alessandro de' Medici. Projekt, który przedstawił architekt został zatem odrzucony. Żadnych balkonów!
Jednak architekt pod presją Vespuccich zaprezentował nowy projekt z - rzecz jasna - nowym balkonem. Poirytowany i przekorny Medici zamiast kolejny raz odpowiedzieć po prostu - nie, tym razem powiedział - "tak, na odwrót" (czyli nie). Architekt okazał się osobą równie przekorną i jednocześnie niepokorną i słowa Alessandro zinterpretował po swojemu - balkon został dobudowany - ale w dosłownym tego słowa znaczeniu - "na odwrót". 
Zdaje się, że - jakby nie było - pełen poczucia humoru "żarcik" spodobał się samemu księciu i "balkon na odwrót" pozostał tak jak go zamontowano aż po nasze czasy. 


Zrobiło się już późno... Czekają lekcje, czekają pędzle i farby, czeka nowy dzień... 

ODWRÓCONY to po włosku ROVESCIATO (wym. rowesziato)

zima

Niedzielne wieści z Domu z Kamienia i zimowy kwiat...

poniedziałek, stycznia 27, 2020


Tomka już w sobotni wieczór zaczęło rozkładać przeziębienie. Niedzielę spędził więc w pieleszach, przy piecu zakopany pod kocem popijając gorącą herbatę z miodem i ratując się inhalacjami z szałwii. Bardzo mu zależało, żeby do poniedziałku postawić się na nogi, bo poniedziałki to dzień dodatkowego kursu z angielskiego, na którym przygotowuje się do "firsta". Chyba marradyjskie kuracje pomogły, bo noc zdaje się przespał spokojnie. Tak czy inaczej do szkoły go nie obudziłam, niech biedak odpocznie i sam, kiedy już się wyśpi zdecyduje czy ma siłę jechać na sam angielski czy jednak nie.  

W przeciwieństwie do brata, Mikołaja przez cały weekend roznosiła energia. Choć szczerze mówiąc to nic nowego - jego zawsze roznosi energia... 
- Zrobię cheesecake! - obwieścił w niedzielę po południu.
- Ale sam zrobisz? Ja nie mam ochoty teraz stać w kuchni - powiedziałam ściągając buty po odbytym właśnie dziesięciokilometrowym marszu. - Ja chcę teraz relaks z książką.
- Ja! Ja! Wszystko zrobię ja sam! 
W tym momencie Mikołaj podetknął mi pod nos telefon, na którym wyświetlony był przepis na sernik.
- Zobacz, taki jest dobry? 
- Dobry. To przepis dokładnie taki jak mój. Mamy wszystko. 
Mikołaj zabrał się do pracy i byłam pełna podziwu, bo trzeba przyznać, że nie wybrał sobie na początek łatwego ciasta. 
Wszystko rzeczywiście zrobił sam - pokruszył ciasteczka, rozpuścił masło, przygotował formę, zrobił spód, ubił jajka z cukrem, domieszał ricottę i mascarpone, ubił białka, potem znów wszystko wymieszał, przełożył do formy i upiekł. Sernik wyszedł dokładnie taki jak mój. Absolutnie doskonały! Ja udzieliłam z fotela tylko kilku wskazówek, poza tym nie kiwnęłam nawet palcem. 
Dumna jestem z chłopaków, że nie gardzą kuchnią. Tak oto jest podtrzymywana rodzinna tradycja.    


A teraz ja. 
Ja mimo zapewnień, że nic nie robię, porwałam się na kolejne kulinarne eksperymenty. Niedzielny obiad - jak zgodnie oceniliśmy był na poziomie restauracyjnym. Co takiego wycudowałam - pokażę Wam raczej jutro, bo dziś dzień pełen zajęć. Tak się złożyło, że tegoroczny styczeń wyjątkowo płodny w mojej kuchni!
Poza tym postanowiłam jeszcze raz przeczytać "Udrękę i Ekstazę" i jakież było moje zdziwienie - cudowne zdziwienie - kiedy już po pierwszych kilkudziesięciu stronach zrozumiałam, że teraz mój odbiór tej lektury jest zupełnie inny. Teraz wszystko jest takie bliskie, tak znajome... Czytałam zachłannie, jakbym wzrokiem i sercem chciała wyssać, że stron wszystkie słowa. Och! Och! Teraz ta książka "smakuje" jeszcze bardziej... 
I dziś dalej będę się nią delektować w pociągu do Florencji. Tak - Florencja to dobry pomysł, by zacząć nowy tydzień. Wyjątkowo dobry i w wyjątkowym towarzystwie. Tym razem nie sama będę się wszystkich zachwycać...

zimokwiat - Dom z Kamienia

Na koniec mam dla Was małą ciekawostkę ogrodniczą. Pewnie niektórzy znają to cudo widoczne na zdjęciach. Ja sama nie raz zachodziłam w głowę jak się nazywa ten przedziwny krzew, który w środku zimy, bez względu na temperaturę obsypuje się pachnącym, intensywnie kwieciem?

Otóż po włosku to calicanto - po polsku,brzmi zdecydowanie mniej finezyjnie, jak zresztą większość nazw - zimokwiat. Roślina została przywieziona do Europy z Chin. Istnieje wiele jej odmian. Ta zwyczajna w mojej okolicy jest bardzo popularna w przydomowych ogródkach. Kwiaty mają bardzo intensywny zapach, ale co ciekawe tracą go natychmiast po opadnięciu. 

Z rośliną związana jest piękna legenda.
Dawno temu w pewien bardzo zimny zimowy dzień zmęczony i wychłodzony rudzik szukał schronienia wśród drzew. Wszystkie one jednak odmawiały mu gościny. Aż w końcu ulitował się nad nim calicanto, który swoimi gałązkami i resztkami zeschniętych liści postanowił ogrzać wykończoną, zziębniętą ptaszynę. Bóg docenił piękny gest krzewu i postanowił w nagrodę spuścić na niego deszcz gwiazd. Od tamtej pory, kiedy wszystkie inne rośliny są nagie, calicanto w zimowe miesiące obsypuje się pachnącym kwieciem.

Być może to właśnie ta legenda przyczyniła się do tego, że calicanto stał się symbolem czułej opieki. 

Dom z Kamienia - zimokwiat

I to tyle na dziś. Zdjęcia mikołajowego sernika, by udowodnić prawdziwość opisywanych historii dodam, kiedy zagości światło dnia. 
Żonkile na pierwszych zdjęciach, to widoki z niedzielnego spaceru i zapewniam, że zdjęcia nie były robione w nasłonecznionych, najcieplejszych miejscach. 

Ciągnący się w nieskończoność styczeń zaczyna końcowe odliczanie, a ja już uciekam, bo pociąg czekał na mnie nie będzie. Dobrego poniedziałku!

Dodane po południu, sernik Mikołaja:



dzieci

O dzieciach, które nie mieszczą się w obiektywie, mądrych słowach i planach

niedziela, stycznia 26, 2020


Patrzyłam na Mikołaja krojącego warzywa na zupę (przepis już dziś na blogu) i nadziwić się nie mogłam. Urósł tak bardzo, że z bliska nie mieści mi się w obiektywie. Obiektyw nie żadne halo - to fakt - ale też Mikołaj wystrzelił jak z procy. Powiedział mi ostatnio, że już jest na granicy dopuszczalnego wzrostu, gdyby chciał być pilotem lub kosmonautą. Jeszcze kilka centymetrów w górę i podniebna przyszłość w jego przypadku w ogóle nie wchodzi w grę. Na szczęście ostatnie plany Mikołaja są - nomen omen - bardzo "przyziemne" - całym sobą pragnie zostać geologiem. 

Co będzie to będzie, a póki co pod moim okiem doskonali się w kulinariach. Uwielbiam te nasze sobotnie ranki we dwoje - film i czułości. Uwielbiam też kiedy sam wychodzi z inicjatywą, by coś przygotować, zrobić, pomóc... Taki fajny, kochany chłopak! 
Tylko w tym obiektywie się już prawie nie mieści...


Rankiem, kiedy przy gimnastyce wyciskałam z siebie siódme poty, zabrzęczał telefon obwieszczając nadejście poczty. Pomyślałam, że to znowu netflix coś mi sugeruje albo booking kusi jakąś Barceloną czy innym Paryżem, ale nie! Mail był od A., więc ucieszyłam się jak wariat, bo A. ma dla człowieka zawsze mądre słowo, a mądrych słów chyba każdy czasem potrzebuje. Ja na pewno.
Przeszłam do pompek na jednej ręce - nie, że taki ze mnie mocarz, może ze trzy wycisnęłam - ot tyle, by móc jedną rękę na chwile uwolnić, raz dwa przesunąć wersy na wyświetlaczu i mądre słowa szybko wchłonąć. A. obwieszczała uroczyście, że oto zaczął się rok szczura - cokolwiek to znaczy. Pisała o inspirowaniu i szukaniu inspiracji, o planowaniu, realizowaniu, dzieleniu się... Jej słowa dodały mi wiatru w żagle. Tylko tego planowania to jednak trochę się boję. Oczywiście jakieś założenia w głowie są, ale staram się nimi jednak nie chwalić i zbytnio też nie napinać, nie stresować... Powoli robić swoje, tak jak robię to już od lat.

To wcale nie było tak dawno!
Ostatnia styczniowa niedziela zapowiada się leniwie. Nawet nie wiem czy dziś będę kulinarnie eksperymentować. Dokończymy filmowy seans w mafijnych klimatach, nogi dostaną swoją porcję kilometrów, e-book mam nadzieję jeszcze jedną porcję słów, a co dalej? 
Mam obok dwie najwspanialsze istoty na świecie - to wystarczy, wszystko inne jest tyko dodatkiem. 

Ostatnie dni stycznia natomiast zapowiadają się bardzo intensywnie. Będzie dużo lekcji, będzie Florencja, będzie kontynuacja walki z biurokracją, ja będę malarzem pokojowym i trochę elektrykiem, tylko na bycie ogrodnikiem zabraknie mi już pewnie czasu... Musicie wiedzieć, że w większości marradyjskich ogródków już ruszyły pozimowe prace!

DOBREJ NIEDZIELI! 

PRACE to po włosku I LAVORI (wym. i lawori)

Na koniec zapraszam Was jeszcze do lektury wspólnego bloggerskiego artykułu "pod kierownictwem" Renaty z Kalejdoskopu. "Włoskie" blogerki polecają miejsca na walentynki!

styczeń

Spacery, szkoła, kulinaria, czyli styczeń na finiszu

sobota, stycznia 25, 2020


- Pusia, a wiesz co to jest hokej?
- Wiem, ale na pewno nie o taką odpowiedź ci chodzi. A zatem co to jest?
- Banda ludków z nożami przy butach i długimi kijami, którzy kłócą się o ostatnie oreo.
- O! To fajne!
Uwielbiam Tomka abstrakcyjny humor - to trochę nasza cecha rodzinna, choć jednocześnie muszę przyznać, że bywa i tak, iż nawet ja za jego żartami nie nadążam...

Dziś rano wyszedł do szkoły z parasolem nad głową. Jak mi go szkoda w te soboty! My z Mikołajem mamy filmowe poranki w ciepłych pieleszach, a on biedny musi wyjść o świcie, a potem przez kilka godzin siedzieć w szkole. Z drugiej strony on sam nawet jakoś bardzo na taki stan rzeczy nie narzeka. Ciężka jest pobudka - jak każdego szkolnego dnia, ale potem to już jakoś idzie. Pewnie dlatego, że Tomek naprawdę lubi swoją szkołę i klasę. Przed chłopcami ostatni tydzień pierwszego semestru. 

Prognozy się sprawdziły. Deszcz przyszedł punktualnie w nocy. Za deszczem idzie na szczęście jeszcze wyższa temperatura i podobno kolejny tydzień ma nas rozpieszczać prawie wiosną. Co ważniejsze, co cieszy szczególnie - nawet nocne przymrozki mają odpuścić. 

I jeśli rzeczywiście tak będzie, to dopiero cała przyroda ruszy z kopyta! Choć już teraz momentami jest jak w marcu. Zapomniałam wczoraj dopisać, że kiedy wędrowałam z Ellen po górach motyle fruwały nam nad głowami, a ja - co do tej pory mnie zadziwia - z tej wyprawy przyniosłam sobie kleszcza! Kleszcz w styczniu??? 


Przez tą pogodę na dziś specjalnych planów nie mamy i wyjątkowo mi z tym dobrze. Mam nadzieję nadrobić braki w pisaniu. Po południu pewnie  konsekwentnie niezależnie od pogody na kilka kilometrów się ruszę, bo w ostatnim czasie oprócz wydłużonego czasu porannej gimnastyki, postanowiłam sobie, że codziennie muszę przedreptać około 10 kilometrów. Jest mi to niezbędne do dobrego funkcjonowania głowy. Nie stroję się specjalnie na tę okoliczność, nie obwieszam miernikami tętna, nie cuduję. Zakładam buty, kurtkę i idę przed siebie. Jeśli ktoś zaczyna wymyślać - nie mam gdzie, nie mam butów, pada deszcz, itd. - to znaczy, że mu się po prostu nie chce i tylko szuka pretekstu, by zostać na kanapie. Ja na szczęście jestem z tego drugiego obozu... 


Na pewno deszczowy dzień wykorzystam też w części na zaawansowane kulinaria. Zachęcona wczorajszym, oszałamiającym sukcesem, po którym znów sama siebie całuję po rękach, dziś też mam zamiar coś wyczarować. Tymczasem zapraszam Was już teraz do KUCHNI W KAMIENNYM DOMU - już za chwilę nowy przepis. 

I znów zrobiło się późno. Czas już na mnie. Dobrego weekendu! 

NA PEWNO - SICURAMENTE (wym. sikuramente)

przyjaźń

Skarb

piątek, stycznia 24, 2020


- Popatrz jak niebieskie jest dziś niebo - powiedziałam do Ellen, kiedy schodziłyśmy z ostatniego zbocza u stóp castellone
- Już bardziej niebieskie nie mogłoby być!
Od nasyconego lazurem nieba odcinały się głęboką zielenią cyprysy. 
- Nel blu dipinto di blu...
Przeszłyśmy zaledwie kilka kilometrów, niedużo - ot zwykły spacer po górach. Tym razem bowiem to nie dystans był ważny, tylko słowa. 


Brakowało mi Ellen, brakowało mi naszych rozmów, zdjęć, spacerów, nawet wspólnego milczenia. Tyle czasu minęło od ostatniego wspólnego wędrowania... 

Chyba nigdy nie przestanę zachwycać się tym, że mimo tylu oczywistych różnic - jak chociażby wiek, narodowość - jest też między nami tak wiele podobieństw! I do tego ta gruba nić porozumienia, która sprawia, że łatwiej poukładać myśli w głowie. 

Jestem bardzo wdzięczna, że kilka lat temu na Sulpiano los postawił Ellen na mojej drodze. Obydwie jesteśmy cudzoziemkami poszukującymi szczęścia. Cudzoziemkami nie w dosłownym znaczeniu tego słowa - tu w Italii, tylko cudzoziemkami w ogóle. Myślę, że cudzoziemcem człowiek się po prostu rodzi.


Na ścieżce przed nami leżało futro. Resztki wilczej uczty. Z daleka pomyślałyśmy, że to zając, ale kiedy już byłyśmy bliżej i przyjrzałyśmy się dokładnie temu, co zostało, okazało się, że musiało to być coś "koziołkowego". Obfotografowałam wszystko dokładnie, by zapytać potem eksperta Mario i wieczorem po wnikliwej analizie oceniliśmy, że musiał to być mały daniel. Wam oczywiście tych zdjęć oszczędzę.
"Dzieło" wilka robiło wrażenie. Biedne zwierzę zostało perfekcyjnie sprawione. Na skórze nie było nawet kawałeczka mięsa. Nie było też głowy... Natura rządzi się swoimi, jakże czasem okrutnymi prawami. Wilków niestety jest coraz więcej...


Schodziłyśmy z gór w popołudniowym słońcu, zachwycając się niebem i naszą doliną. Chyba obydwie byłyśmy sobie naprawdę wdzięczne za słowa i za pełną zrozumienia ciszę.
Włoskie przysłowie mówi - kto znalazł przyjaciela, znalazł skarb. 

Grazie Amica Mia!


A dziś już na starcie kolejny weekend - ostatni styczniowy weekend. Pogoda jutro ma być paskudna i tak jak ostatnio - wcale nie jest mi przykro. Będziemy się znów wałkonić i korzystać z ciszy. Już za tydzień bowiem Dom z Kamienia na nowo przestawi się na turystyczny rytm. 
Ale nim to nastąpi, na kolejny tydzień mamy z Ellen piękne plany. Plany bardzo, bardzo piękne... 

DANIEL to po włosku DAINO (wym. daino)

dzieci

Cierpienia młodego Mikołaja i inne kwiatki

czwartek, stycznia 23, 2020


- Nie siedź w norze, tylko wyjdź na słońce - nakazałam po obiedzie.
- Ale tu jest za gorąco! - skarżył się Mikołaj. 
- Nie za gorąco, tylko cudnie, przyjemnie, wiosna jak nic!
Wytrzymał może pół godziny, ale ile się przy tym nawzdychał, nalamentował na los ciężki w grzejącym wiosennie słońcu to już pozostawię bez komentarza. Tłumaczył, że to dlatego, że przecież jest Wikingiem. Na koniec potarmosił się, poszczypał, pozadzierał z Tomkiem i uciekł do domu, do orzeźwiającego cienia! Zwariować można. 
  

Wcześniej w południe wychodząc do sklepu znów przemieniłam się w reymontowską babę, ale ta baba szybko się zorientowała, że w kwestii odzienia pomyliła pory roku... 
Nie byłam nawet w połowie drogi, kiedy ściągnęłam szal i nawet kurtkę zsunęłam lekko z ramion, żeby jakiś przewiew poczuć na zgrzanych plecach. 
Piec przez dobrych kilka godzin pozostał wyłączony, a drzwi za to rozdziawione na oścież, by styczniowe ciepło przedostało się do salonu. 

Kiedy po obiedzie wybrałam się na spacer do najbliższego castagneto, byłam już zdecydowanie mądrzejsza - narzuciłam na grzbiet tylko lżejszą parkę, żadnych szali, czapek, rękawiczek. Jednak mimo to przy żwawym marszu nawet parka okazała się przesadą i zbędnym balastem. 
Przystawałam co kilka kroków - bynajmniej nie ze zmęczenia - ale by nacieszyć oczy, nos, wszystkie zmysły tą styczniową, zachwycającą wiosną.

Ja wiem, że to niedobrze, że powinny być cztery pory roku, ale tak mi było błogo z tą aurą, z tym ciepłym zefirkiem na twarzy, z lekkością ramion uwolnionych z kapoty... Miałam ochotę zatrzymać się na dłużej, przysiąść na jakimś przydrożnym kamieniu i tylko raczyć wzrok sielskim widokiem...   


Okazało się, że kwiatów świętego Józefa jest już całkiem sporo! Nie żeby ścieliły się ich całe połacie, ale też nie dało się już wszystkich zliczyć na palcach jednej ręki! To samo z fiołkami - tych nawet jeszcze więcej i tylko trochę się martwię, żeby ta zima nie ocknęła się w lutym z letargu i nie zdmuchnęła nam tej wiosny jednym mroźnym powiewem. 


Dziś mam nadzieję, że wiosna będzie miała się dobrze, bo to właśnie na dziś mamy z Ellen zaplanowane górskie wędrowanie. Nie wiem jeszcze gdzie, nie mam w głowie wybranego szlaku, ale ważne, że we dwie, ważne, żeby móc wymienić się słowami.

DOBREGO DNIA! Dziś to naprawdę już czwartek!

ZA GORĄCO to po włosku TROPPO CALDO (wym. troppo kaldo)


zima

Szkolny prawie półmetek i inne nowości

środa, stycznia 22, 2020

Dom z Kamienia blog - Marradi

Obudziłam się z pełnym przekonaniem, że dziś już czwartek i przez głowę znów przeleciały mi te same refleksje - czas zwariował! Ledwo weekend, a tu już czwartek! Serio, już czwartek? Przecież w tym tempie zanim się człowiek zorientuje, to całe życie mu przeleci! I kiedy już porządnie się "nadziwiłam", wtedy w głowie dni mi się wyprostowały i dotarło do mnie, że nie czwartek, a dopiero środa! I choć środa to zaraz po poniedziałku jeden z najcięższych dni, to jednak tym razem szczerze się ucieszyłam, bo aż tak galopujący czas nie jest wcale niczym dobrym.

- Wiesz Pusia miałem dziś smutny sen - zaczął Tomek sennym głosem przegryzając kromkę chleba z miodem.
- Co ci się śniło?
- Śniło mi się, że miałem być odpytany z "sajensów", a przecież byłem już pytany i co gorsza na naukę miałem tylko jeden dzień i coś o jakiś bocianach musiałem studiować. 
- Abstrakcja. 
- No!
- Jeszcze ten tydzień i następny i koniec semestru, prawda?
- Tak - dokończył kawę i tak jak zawsze, zerkając na zegarek usadowił się na moich kolanach. - Dwie minuty na "przytulaski". Po kawusi od razu człowiekowi lepiej, wiesz Pusia?
- Wiem!
- Co nie zmienia faktu, że chętnie zostałbym w łóżku. 
- W drodze do wakacji jesteś już prawie na półmetku!
- Taaa....

Co poza tym z nowości? 
Zbliża się wiosna, więc zaplanowano już u chłopców szkolne wycieczki. Mikołaj jedzie na podbój Mediolanu, Tomek natomiast będzie odkrywał Rzym. Takie to są realia... Ech, a ja co najwyżej mogłam na tym etapie pojechać do Karpacza... 

W ostatnich dniach Marradi jest na ustach całych Włoch - programy informacyjne i publicystyczne trąbią o klasztorze i o czterech mniszkach, które od lat w nim żyją. Kościół chciał zamknąć klasztor, choć ten wybudowany był podobno z pięniędzy marradyjczyków,  siostry natomiast zamierzano gdzieś wykwaterować. Całe miasteczko - no prawie całe, stanęło murem za siostrami. Wielu mieszkańców wypowiedziało się przed kamerami, że trzeba zostawić je w spokoju i basta. Teraz niemal każdego dnia jacyś dziennikarze biegają z kamerami i mikrofonami po placu. Niektórzy żartują, że miasteczko ma swoje pięć minut. 

Poza tym zima ma się prawie wiosennie. To znaczy jak mnie ktoś zapyta, to powiem, że zimno jak jasny gwint, ale ja to jestem zupełnie niemiarodajna. Ostatnio, kiedy poszłam po Mikołaja do szkoły aż mi się wstyd zrobiło. Ubrana w najcieplejszą kapotę, otulona chustą, na głowie kaptur, jakbym wypadła z reymontowskich Chłopów, podczas gdy przed wejściem do szkoły większość oczekujących miała na sobie lekkie puchówki. Ściągnęłam przynajmniej ten kaptur, bo wstyd jak beret!
To chyba tylko mnie jest tak zimno... W ogródku w Biforco widziałam już pierwsze żonkile! Znowu A. się zapyta - co to oznacza? A ja znów odpowiem - nie wiem! Jeszcze tydzień do "dni kosa", a potem zobaczymy.  

DOBREGO DNIA!

OBUDZIŁAM SIĘ to po włosku MI SONO SVEGLIATA (wym. mi sono sweliata)

Appennino Tosco - Romagnolo

Analiza codzienności i szmaragdowe jezioro

wtorek, stycznia 21, 2020

Lago di ponte Tramazzo Dom z Kamienia

Codzienność tutaj jest kozą pasącą się na łące, szmaragdowym zimą jeziorem, jest kwitnącą w styczniu prymulką i przyprószonym śniegiem szczytem Sambuki. Codzienność tu jest kostropatą drogą, stromym urwiskiem, ciszą. Jest terkoczącym na wybojach Rangerem, Nikonem na szyi, spaghetti na talerzu, winem w kieliszku. 
W moją toskańską codzienność wpisany jest profil gór, szemranie Lamone, uśmiech i życzliwość... 


Nawet jeśli poniedziałek jest zwykle jednym z bardziej zajmujących dni w całym moim tygodniu, jakimś cudem udało mi się wczoraj wyrwać kilka godzin dla siebie. Wiem, wiem - powinnam siedzieć i pisać, ale... nie siedziałam i nie pisałam. 

Najpierw popatrzyliśmy na majaczący w oddali szczyt Lavane pobielony sobotnim "deszczem",  a Mario zaproponował, że skoro mam czas, to może sprawdzimy od jakiej wysokości zaczyna się to "pobielenie"? Potem dodał, że skoro już będziemy na "passo", to możemy zahaczyć też o Tramazzo... 

Tramazzo Lago di Ponte, Tredozio
Tramazzo - Lago di Ponte - Tredozio

I tak dotarliśmy nad Lago di Ponte, które niezmiennie zimą zachwyca kolorem. Jest jak szmaragd ukryty w burości styczniowych gór. Latem to już nie to samo, latem wtrąca się zieleń drzew, a zimą jakby było w nim wyłącznie odbicie nieba. 
Sfotografowałam tabliczki wskazujące nieznane mi jeszcze szlaki, żeby potem wszystkie je na spokojnie posprawdzać. Układam powoli plan na wiosnę i na lato, bo na najbliższe miesiące tyle osób zapowiedziało się na wspólne wędrowanie. Chciałabym Was zaskoczyć czymś nowym, czymś czego jeszcze nie było, pokazać inną część Appennino Tosco - Romagnolo.

Lago di Ponte Tramazzo - Tredozio

Nad Lago było zimno, ale śniegu ani grama. Zamiast niego prymulki, wybijająca spod ziemi świeża zieleń i nawet niektóre pąki na drzewach, jakby zaraz miały eksplodować. Przejechaliśmy przez passo jedno i drugie, ale śniegu dalej nie było, tak nie było. 
Tylko czubek Lavane przyprószony w oddali, tak ledwo ledwo jak bożonarodzeniowe pandoro i dalej Sambuca, na której śnieg jakby linijką ktoś odrysował. Na Falteronie może ciut więcej, ale też nie żeby nie wiem ile... Nic tylko sobotni deszcz na wysokości ponad 1000 metrów musiał przeobrazić się w śnieg... Kto wie, czy przyjdzie jeszcze prawdziwa zima.  

Prymulki Dom z Kamienia
Lago di Ponte Tramazzo - Tredozio
Passo Tramazzo
panda 4x4 dom z kamienia
Apeniny Dom z Kamienia
Apeniny Dom z Kamienia - zima
Apeniny Dom z Kamienia
Apeniny Dom z Kamienia - zima

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że nasza choinka przetrwała święta. Mario dał jej nowy dom nad brzegiem Lamone przy Santa Barbara. Tacy jesteśmy ekologiczni! Miłego dnia!

W ODDALI to po włosku IN LONTANANZA (wym. in lontananca)