życie codzienne

Co lubi Tomek, zawieszenie i kwiatowo wrześniowe dzień dobry

piątek, września 18, 2020

Kasia z Domu z Kamienia 

- Niektórzy z klasy chcą żebym został rappresentante! - powiedział Tomek.
- Super. To znaczy, że masz poważanie. Zgodzisz się?
- Nieeee! - Wtrącił się Mikołaj. - Nie zgadzaj się! To zawracanie głowy! Nie rób tego!
- Dlaczego ma nie robić? Tomek się do tego świetnie nadaje, umie argumentować, prezentować, walczyć o swoje, będzie dobrym rappresentante. Poza tym on trochę lubi dowodzić. 
- Nie lubi - i zaraz zwrócił się do starszego brata - Lubisz? 
- Lubię, tylko ty mi nie dajesz...
- O widzisz! Mówiłam, że lubi i że się nadaje. A zatem co im odpowiesz?
- Jeszcze nie wiem - powiedział i uśmiechnął się przy tym jak ktoś, kto czuje się wyróżniony i doceniony.   
Czy rzeczywiście zostanie wybrany przewodniczącym, to dopiero czas pokaże, ale cieszę się, że od części kolegów padła taka propozycja, cieszę się nieustannie, że w liceum się odnalazł, że ma swoje towarzystwo, że nie musiał się do nikogo naginać, że ocalił swoje priorytety, że przede wszystkim pozostał sobą, a przyjaciół zdobył tak czy inaczej.

Mikołaj z Domu z Kamienia

Kolejny wrześniowy weekend ustawia się w progach startowych. Włosi w niektórych regionach  szykują się do wyborów, a Mikołaj dzięki temu zarabia dwa czy też trzy dni wolne od szkoły. Pogoda ma być nadal jak z letniego obrazka, a nam w planach maluje się jeszcze jeden wieczór z pizzą. Co poza tym? Nie wiem i nawet się nad tym dziś nie zastanawiam. Będzie co będzie. Może spacer z Ellen, może jeszcze coś...

Mam poczucie lekkiego "zawieszenia" - zawieszenia pomiędzy latem i jesienią. Pomiędzy jednym domem i drugim. Pomiędzy zmęczeniem i wyciszeniem. Pomiędzy potrzebą zrobienia czegoś i nie robienia jednocześnie niczego. 

Kasia Nowacka - Dom z Kamienia blog
Dom z Kamienia blog

W czwartkowy ranek, kiedy od bladego świtu wykładam przed monitorem o języku Dantego drzwi się delikatnie otwierają i zaraz pojawia się głowa Mario. Po cichu jak złodziej robi dwa kroki i stawia mi obok komputera wrzesień w glinianym dzbanuszku - cyklameny, białe róże, liść paproci - wrześniowa kompozycja z własnego ogrodu. Aż mi się lekko na duszy robi. Takie tam niby nic, ale świadomość, że ktoś z samego rana pomyślał o tym jak sprawić nam przyjemność jest jak balsam dla duszy. 
I tym wrześniowym balsamem dla duszy i ja mówię Wam spóźnione już lekko dzień dobry!

PRZEDSTAWICIEL to po włosku RAPPRESENTANTE (wym. rappresentante)

wrzesień

Kroczek po kroczku

czwartek, września 17, 2020

Bar Biforco - Marradi Toskania nieznana

Kroczek po kroczku. Trzeba mieć więcej cierpliwości do wszystkiego...
 
Rozmowa u dostawcy prądu potoczyła się na plus i to najważniejsze, a że wszystko idzie tak powoli, to już jest inna sprawa. Widocznie tak ma być. Staram się nie spinać i nie stresować przynajmniej tam, gdzie sprawy nie zależą ode mnie. 

Chłopcy na pytanie "jak w szkole?" odpowiadają: 
Mikołaj - "super!" 
Tomek - "bardzo fajnie!"
Czego chcieć więcej?

Dziś przed Mikołajem pierwszy "sprawdzian" tzw. prova d'ingresso z włoskiego, jutro z matematyki, w przyszłym tygodniu z angielskiego. To sprawdzian, który ma pokazać z jaką wiedzą dzieciaki rozpoczynają nową szkołę. Poza tym Mikołaj jest w grupie szczęściarzy, bo z racji wyborów w tą sobotę i w poniedziałek do szkoły nie idzie. Nie miał tyle szczęścia Tomek, którego lekcje w tym roku odbywają się w innym budynku, który to widocznie nie jest wyborczo potrzebny. Nikt nie powiedział, że zawsze musi być sprawiedliwie...

Czwartek w moim grafiku jest jednym z najbardziej przeładowanych dni. Nie wiem czy znajdę dziś czas na cokolwiek poza włoskim. Może choć krótki spacer - kroczek po kroczku. 

Wrzesień wciąż jest dla nas łaskawy. Wciąż słońce pali jak oszalałe, wciąż ranki i wieczory całkiem przyjemne. Wciąż tyle darów z ogródka, tyle zieleni dookoła. Wiadomo, że to już nie lato, ale nijak też doszukiwać się w tych dniach jesieni. A ja przecież zdjęcie na okładce powinnam zmienić... 
I to tak właśnie jest, że wiosną jakby mnie ktoś gonił, to samo latem. Zmieniam te zdjęcia często nawet przed czasem, ale teraz? Jak tu z tą jesienią zrobić? Jak ją zainscenizować w prawdziwie letniej scenerii? Może ja jeszcze chwilkę zaczekam? Nikt się chyba nie pogniewa...

Ranki teraz dziwne. Jeszcze nie przyzwyczaiłam się do tego, że jestem sama. I choć oczywiście tęskno mi do wakacyjnych poranków z chłopcami za ścianą, to muszę też uczciwie przyznać, że lubię być sama. Jestem bardziej skupiona, na wszystko znajduję czas. Staram się już tak nie gonić, tylko ze wszystkim bardziej kroczek po kroczku... Im więcej mam lat, tym bardziej to moje "sama" lubię. Im więcej mam lat tym bardziej potrzebuję skupić się na tym, co w mojej głowie. 

Poranne pisanie też jest teraz inne. Poranne pisanie w samotności to takie poukładanie myśli przed nowym dniem, niezbędne o poranku tak jak niezbędne są kawa i prysznic. 

W środowe południe kurier rozładował przed moim domem wielką pakę. Było w niej coś pięknego, dużo pięknych rzeczy, ale o tym co to było opowiem już wkrótce. 
Mam też dla Was kilka ciekawych historii spisanych na brudno, które tylko czekają na swój czas, na odpowiedni moment - opowieść o Madonnie, co Madonną nie była, o chlebie i o zakazanej florenckiej miłości... 
Oby i dziś był dobry dzień!

ROZŁADOWAĆ to po włosku SCARICARE (wym. skarikare)


życie codzienne

Co jest dziwne, a co nie, ważna korespondencja i kasowanie dni

środa, września 16, 2020

Jak rosną kapary - Toskania

- Dużo moich kolegów z klasy ma zwierzęta. To znaczy głównie koty, pewnie dlatego, że mieszkają w Faenzie - ciągnął przy obiedzie swój monolog Mikołaj. Jedna dziewczyna ma nawet dwa konie. Fajnie mieć konie, choć w sumie ja wolałbym dwie pandy. - Cieszyłam się, że wreszcie czegoś się dowiem bez ciągnięcia za język. - Ja też opowiedziałem o naszych zwierzętach, że mieliśmy dwie kaczki, dwie gęsi i sowę i wie matka co?
- Co?
- Kiedyś mi się to wydawało normalne. Mieć kaczkę, gęś, czy nawet sowę. Niby co w tym dziwnego! Ale jak zacząłem o tym opowiadać innym, to sobie uświadomiłem, że to jednak nie jest do końca normalne. 
- Pewnie nie jest...
- Prof pytała się czy kaczka mieszkała z nami w domu. No pewnie, że z nami w domu - odpowiedziałem, tak jak i sowa. Dziwne to się wydaje dopiero kiedy się komuś opowiada, ale wszyscy byli bardzo zaciekawieni.
- To najważniejsze. Warto mieć coś ciekawego do opowiedzenia.

Jak rosną kapary

- A Trump mi nie odpisał do tej pory - powiedział na koniec.
- Na serio liczysz na to, że ci odpowie? Poza tym po co do niego piszesz?
- Żeby mi pomógł z obywatelstwem i z akademią. Nie cieszy się matka?
- Cieszy, że spełniasz swoje marzenie, nie cieszy, że będziesz musiał spełniać rozkazy durnego polityka, który siedzi sobie w gabinecie na mięciutkim fotelu. Ale... twoje życie! 

Mikołajowi nie wystarczyła wymiana korespondencji z konsultantem akademii wojskowej, postanowił szukać wsparcia na samej górze i ta brawura oczywiście bardzo mi u niego imponuje, ale mam nadzieję, że przez te pięć lat liceum minie mu faza "wojska". Nie żebym miała coś do wojskowych, ale żeby moje dziecko miało być wysłane gdzieś w świat i ryzykowało życiem i zdrowiem, bo politykom się chce wszczynać wojny? Uchowaj Boże... 
Jeśli jednak za pięć lat dalej będzie obstawał przy takiej przyszłości, to cóż... szczęście dzieci naszym szczęściem. 

***
Na stacji w Biforco znów kwitną kapary. Upał jest nieziemski, ale jednak cykad już nie słychać... Ostatnio zastanawialiśmy się z Mario nad cyklem ich życia. Umierają? Zasypiają? Ile trwa życie cykady? 

Mój wyjazd do Faenzy zakończył się niczym. Właściwie nie załatwiłam nic z tego, co było do załatwienia. Wróciłam do domu wykończona jak koń po westernie. Wykończona i jakaś taka zgaszona. Sama nie wiem czemu. Choć w sumie to wiem...
To zwykłe zmęczenie. Zmęczenie nie tyle ciała, co umysłu. Głowę mam tak przeciążoną, że nie ma tygodnia, żebym nie pokiełbasiła czegoś z lekcjami. Już nawet zapisywanie nie pomaga - bo zapisuję nie tam gdzie powinnam, albo na opak... 
"Kasiu środa za piętnaście ósma, to jeśli masz na myśli sobotę to oczywiście może być" - Jak dobrze, że I. była przytomna, bo znów bym wszystko poplątała. Dwa tygodnie pod rząd "wykasowałam" na przykład czwartek z mojego kalendarza, jeden siedział i czekał na mnie, potem drugi. Już na serio zaczęłam się o siebie martwić. Teraz z I. byłoby podobnie...

Jednocześnie dodają siły drobiazgi - ktoś komplementuje Sekrety i umawia się ze mną na zwiedzanie Florencji - przy okazji jeszcze raz cichutko powiem, że będzie mi miło, jeśli polecicie zarówno jedno jak i drugie, potem ktoś z kim Florencję zwiedzałam latem przysyła obiecaną książkę, inny jeszcze pyta o Sekrety na papierze ... marzenia! I tak dalej i tak dalej... Dużo drobiazgów, które trzymają przy życiu. 

Dziś poza nawałem lekcji czeka mnie batalia u dostawcy prądu. Oby udało mi się podpisać umowę, bez posiadania jeszcze umowy najmu. Bez podłączenia światła nie można prac posunąć na przód. I to są takie drobiazgi, na które już sił mi brakuje. Poza tym powinnam pojechać po meble i rzeczy do domu, tylko jak??? Czy ktoś z Czytelników mieszkających w Italii robił zakupy w Ikea on line? Czy to prawda, że na dostawę czeka się nawet trzy miesiące?

Poza tym czeka mnie pakowanie. Teraz kiedy chłopcy są w szkole, niewiele będą mogli mi pomóc. Zawijanie tych wszystkich klamotów, pakowanie, przenoszenie... Mam wrażenie, że momentami mnie przerasta. Dam oczywiście radę, bo jak inaczej, ale przerażona jestem i kropka!

To tyle na dziś. Wrzesień przeskoczył za półmetek. Wrzesień taki pięknie letni, cyklamenowy... Och co ja bym dała za górską wyprawę... 
Niech to będzie dobry dzień!

WYDAJE SIĘ to po włosku. SEMBRA (wym. sembra)

szkoła

Nowa - stara rzeczywistość

wtorek, września 15, 2020

 Marradi - Biforco Dom z Kamienia blog

To jest trochę tak, że pierwsze dziecko przeciera szlaki, że przy tym pierwszym wszystko przeżywa się bardziej... Chciał nie chciał tak już jest i nie ma co dyskutować. 
Ale nie znaczy to oczywiście, że ja się wczoraj rano nie emocjonowałam! Jak tu się nie emocjonować?! 
Niemniej było to zupełnie inne emocjonowanie się. Po pierwsze sam fakt, że "Bobas" poszedł do liceum, a to znaczy, że już obydwoje dzieci mam w superiori i w ogóle, że mam już prawie dorosłe dzieci. Z moim wiekiem jakoś mi to nie współgra, bo przecież ja sama dalej taka młoda, ale fakt pozostaje faktem.

Przeżywałam, wczoraj jak wariat, ale zdecydowanie inaczej niż dwa lata temu, kiedy "w świat" wyprawiałam Tomka. Mikołaj wypływał na szerokie wody ze starszym bratem, nie był w pociągu i w dużym mieście zdany kompletnie na siebie. Nie musiałam się martwić czy wsiądzie do odpowiedniego pociągu, czy nic nie pomyli... 

Bombardowałam go wiadomościami już po 10.00, bo tak mieli skończyć lekcje - ale zbył mnie krótkim "porozmawiamy w domu", a na pytanie czy "wszystko dobrze?", padła lapidarna odpowiedź "YES". 
Dopiero przy obiedzie zaczęły się opowieści...

Z relacji i spostrzeżeń Mikołaja: pół klasy chyba bardzo mądrych dzieci, takich co dużo czytają i mają jakieś zainteresowania (cytat dosłowny). Większość też bardzo nieśmiała, albo takie sprawia wrażenie. Wsród dzieci kilka innych nacji - z czego Mikołaj bardzo się cieszy. Kiedy się przedstawiali i opowiadali o sobie, wszyscy bardzo się zdziwili słuchając o militarnych planach Mikołaja. W szkole siedzą w pojedynczych ławkach, maseczki cały czas - ale nie muszą mieć maseczek nauczyciele, którzy są od uczniów bardziej odsunięci. Temperatura mierzona jest na wejściu. Dzieciaki porozdzielane na różne siedziby i wejścia o różnych godzinach, żeby uniknąć tłoku - jedni wchodzą 7.50, drudzy 8.50. Ktokolwiek nagle poczuje się źle - objawy covid, natychmiast ma sygnalizować, zostaje wtedy odizolowany do osobnej sali i czeka na odebranie przez rodziców.

Dziś już więcej lekcji, inne przedmioty, nowi nauczyciele, sama czekam na kolejne mikołajkowe wrażenia. 
Tomek poza tym, że nie może spać tak jak lubi też jest zadowolony. Usatysfakcjonowany zmianą niektórych nauczycieli i nowymi kolegami - na okoliczność EsaBac klasy zostały wymieszane. 
W przyszłym tygodniu czeka go egzamin z angielskiego FCE. JEst raczej spokojny tym bardziej, że nauczyciel sam ocenił, że mógłby próbować poziom wyżej.   

Poniedziałek był dobrym dniem, jak mawiają Włosi: "Il buongiorno si vede dal mattino". Najpierw zadzwonił elektryk i powiedział, że po południu zaczynają. 
Nareszcie!!! 
Po obiedzie rzeczywiście w domu za rzeką zaczęło się dziać na poważnie. Miejmy nadzieję, że teraz już będzie mniej stresowo. 
Potem nim nastało południe kurier rozładował przed domem ciężką pakę! Dotarły do nas materace dla chłopców podarowane przez https://mumuno.com za co z całego serca dziękujemy! Materace są genialne, a chłopcy przeszczęśliwi!


Było jeszcze kilka innych drobiazgów i nie-drobiazgów, ale teraz czas już na mnie. Wiele spraw czeka na usystematyzowanie. W głowie lekki bałagan, bo tych spraw trochę dużo. 
Mimo tylu dobrych rzeczy dookoła, tylu dobrych ludzi, czasem wciąż daje o sobie znać lęk, zmęczenie, obawy jak ja to wszystko poukładam. Najchętniej obudziłabym się już w mojej nowej sypialni, żeby już było po wszystkim, żebym mogła spokojnie usiąść i dokończyć Sekrety, zająć się tylko lekcjami i planowaniem kolejnego turystycznego sezonu. 

- Pusia, a wiesz co sobie pomyślałem jak wyszedłem wczoraj ze szkoły? - zapytał Tomek przy porannej kawie.
- Nie mam pojęcia. 
- Że o tej porze to ja w wakacje jeszcze śpię! 
- Witamy w nowej rzeczywistości...


DOBREGO DNIA!

Il buongiorno si vede dal mattino - to znaczy, że dobry dzień widać już od rana. 

Lido di Dante

Wakacje do ostatniej chwili

poniedziałek, września 14, 2020

Lido di Dante - Kasia z Domu z Kamienia

Nie był Tomek do tego morza bardzo przekonany, argumentując swoje nieprzekonanie desperacką potrzebą snu...
- Ale przecież ty od trzech miesięcy przede wszystkim śpisz, a mówisz tak jakby właśnie ta niedziela była wreszcie dniem, kiedy możesz pospać. 
Na to moje stwierdzenie już nie miał argumentów, więc tylko przewrócił oczami, uśmiechnął się pod nosem i na powtórzone przeze mnie pytanie - "to jedziemy?"- na znak zgody kiwnął głową. 
W rewanżu obiecałam, że nikogo bladym świtem nie będę zrywać. Sama się zerwę, żeby przygotować kosz, ale nad morze ruszymy około 10.00. 
Uwinęłam się rano z cotolette di pollo - bo Mario dzień wcześniej kupił piersi z kurczaka i bardzo o te cotolette prosił, w przypływie weny twórczej zakręciłam też na szybko ciasto z ricottą i śliwkami i zaraz kilka minut po dziesiątej z pełnym koszem i ręcznikami w garści gotowi byliśmy do drogi.

wino toskańskie na plaży w Romanii

- Toskańskie "Kwiaty jesieni" na plaży w Romanii - zaprezentował Mario butelkę wina. 
- Dobre! I jaka wymowna ta nazwa...

Ulokowaliśmy się przy małym krzewie, żeby kto potrzebujący miał odrobinę cienia. Ludzi było tyle, co w środku lata. Nawet z parkowaniem mieliśmy problem - paradoksalnie po raz pierwszy w tym sezonie. Zdziwienie nasze było tym większe, że A. z nizin, która też w Lido spędzała ostatnią wakacyjną niedzielę donosiła, że ludzi mało...
Zrobiliśmy trzy rundy po parkingu, aż w końcu fartem na ulicy trafiliśmy w moment, kiedy ktoś odjeżdżał. Nawet w okolicach ferragosto takich cyrków z parkowaniem nie było.  

Lido di Dante ostatni dzień wakacji

Woda była ciepła, ale już nie gorąca. A może to my mamy już włoskie odczuwanie temperatury... 
W każdym razie Tomek się popluskał, Mikołaj to chyba tylko po pas w wodzie pospacerował i tyle...

- A teraz... - Mario zawiesił głos i sięgnął po plecak. Zaraz potem jak magik z kapelusza zeprezentował nam triumfalnie maszynkę do kawy.
- Nieeee nooo to dzisiaj aż taki luksus? 
Zaraz za maszynką wyciągnął Mario palnik biwakowy i hop siup w kilka minut kawa bez wędrowania do baru była gotowa!  

Jak sobie radzić na plaży - kawa zrób to sam
Dom z Kamienia blog - kawa na plaży
plaża w Lido di Dante

Jaki to był wspaniały nadmorski dzień. Staraliśmy się odganiać myśli o tym, że już za kilkanaście godzin wszystko wskoczy na dawne tory - na tory, po których już nie bardzo pamiętamy jak się jeździ. 
- Och! Czemu ty jesteś taki zapiaszczony?! - zapytałam Mikołaja, który bezpardonowo gruchnął na mój pięknie wytrzepany ręcznik. 
- Bo jesteśmy nad morzem? 
- To ci powiedział... prawdę - mruknął Mario spod krzaka. 

Lido di Dante - ostatni dzień wakacji
Kasia, Dom z Kamienia blog

Choć w tym roku to sukienki Pani Basi ubrały moje lato, to wszystko tak naprawdę zaczęło się od mojej ukochanej makowej spódnicy - gdyby nie ona i moje wiosenne zdjęcie na okładce bloga - skromne przedstawienie wiosny w kwarantannie - kto wie czy Pani Basia wpadłaby na pomysł naszej letniej współpracy... 
Makowa spódnica zaczęła ciepły czas i niech symbolicznie go w tym roku zakończy, nawet jeśli patrząc na pogodę o końcu lata trudno tu jeszcze mówić i oby tak było jak najdłużej. 

Kasia z Domu z Kamienia - morze
Lido di Dante - Kasia z Domu z Kamienia
Kasia z Domu z Kamienia
Kasia z Domu z Kamienia

- Co ty tam skrobiesz? - zapytał Mario z lekkim cieniem sarkazmu. - To dziennik pokładowy?

Jaki Ranger, taki dziennik:

Z korkowego notesu, 13 września 2020 roku:

Lubie teraz te nasze ostatnie powroty z nadmorskich dni. Lubię widok pół już zaoranych, przykurzonych, widok winnic jeszcze ciężkich od złota i fioletu, widok przaśnej kukurydzy spalonej słońcem na wiór, dyń porozrzucanych w bezładzie. Lubię tę równinę, która jesienią żegna nas jednostajną linią i prawie nudną harmonią. Lubię widok starych "poderi" porzuconych w polu, lubię wyłaniający się w oddali falujący wzgórzami nasz toskański horyzont... Jaki to był piękny dzień, jeszcze jeden dobry dzień...

Nizina Emilii Romanii - Dom z Kamienia blog
Wrzesień w Emilii- Romanii
Emilia Romagna we wrześniu
Dom z Kamienia blog, Emilia- Romagna

A dziś? Ha! Co było dziś rano, to oczywiście już na spokojnie opowiem jutro. Dzień dobry szkoło! Dzień dobry podwójnie liceum! Tylko jedno zdjęcie: 

ODGANIAĆ to po włosku MANDARE VIA (wym. mandare wia)

Lamone

Charakter rzeki

niedziela, września 13, 2020

Lamone - Marradi Toskania nieznana

- Czy zwróciłeś uwagę, że rzeka przez ostatnie lata zmieniła nieco swoją trasę?
- Tak, wiem... - Tomek przytaknął i z przejętymi ode mnie zakupami ruszył w stronę do domu.
- To niesamowite... - powiedziałam już bardziej do siebie.

Widzę to wyraźnie, bo kamień, na którym kiedyś, kiedy jeszcze chłopcy byli mali kładłam ręcznik i rozkładałam się między jedną lekcją a drugą, by dotrzymać im towarzystwa i schłodzić nogi aż po kolana, dziś znajduje się kompletnie poza rzecznym nurtem. Wyschnięty jak pieprz i jeśli ma jakiś kontakt z wodą, to chyba tylko z deszczówką. 

Rzeka przesunęła się maksymalnie w stronę lewego, wymurowanego brzegu. Zajęło jej to tylko kilka lat. Oczywiście wody teraz tyle co kot napłakał, ale to normalne po lecie. Pamiętam jak się Tomek kiedyś oburzył, kiedy jedna z jego koleżanek przyjechała na kasztanową sagrę, a potem pytała Tomka:
- Co to za strumyk płynie przez wasze Marradi?
- Jaki strumyk! Strumyk??? To przecież Lamone! 
Lamone koleżanka znała, bo nim nasza rzeka wpadnie do Adriatyku, najpierw przepływa przez Faenzę, ale trudno jej było uwierzyć, że ten górski "strumyk" to właśnie znana jej dobrze rzeka.

Mnie też kiedy patrzę na tak jak teraz wyschnięte koryto trudno uwierzyć, że czasem potrafi się wodą wypełnić do wysokości naszych schodków. Rzeka jest zupełnie nieprzewidywalna. 

***
Przedostatni dzień wakacji Tomek postanowił poświęcić na rysowanie. Rysował zawzięcie przez kilka godzin i był temu tak oddany, że świat przestał dla niego istnieć. Patrzyłam na niego i w tym momencie, ze wzrokiem skupionym, z mazakiem tak jak dawniej trzymanym "niepoprawnie" wydał mi się wciąż tym małym Tomciem... 

Mikołaj kiedy już uporał się z ostatnimi lekcjami - zostawionymi koncertowo na ostatnią chwilę - oddał się z radością swojemu ulubionemu zajęciu - "zbijaniu bąków".  
I tak minął nam przedostatni dzień wakacji...

***
Wieczorem Mario wpadł na kolację i przytachał ze sobą pudełko z prowiantem na dziś...
Dziś bowiem mamy zamiar nie myśleć o tym, że wakacje właśnie się kończą, dziś chcielibyśmy myśleć, że to dopiero początek lipca albo nawet połowa czerwca, że tyle wolnego, ciepłego jeszcze przed nami... Dziś mamy zamiar zanurzyć się jeszcze na chwilę w beztroskich, wakacyjnych klimatach.
Dziś podążymy z biegiem rzeki...

PODĄŻAĆ za kimś lub czymś to po włosku SEGUIRE (wym. seguire)

wakacje

Przed końcem wakacji i wielkie dziękuję od całej naszej trójki

sobota, września 12, 2020

Marradi nad rzeką Lamone - Toskania nieznana

Figi na drzewach wzdłuż via Francini eksplodowały. Wybuchły jak wrześniowe granaty, wystawiając bezwstydnie na widok przechodniów swoje słodkie, czerwone wnętrzności... Obok przy drodze cyklameny - efemeryczne, rachityczne, a przy tym miejskim asfalcie, przy pierwszych zeschłych liściach ich delikatność i kruchość uderza jeszcze bardziej. 

Ale poza tym jakby wciąż było lato... Tak naprawdę oficjalnie przecież dalej jest! Nawet wieczory i ranki jeszcze ciepłe, jakby z września dobijającego zaraz do półmetka nic sobie nie robiły. 

Korzystamy z ostatnich dni wakacji najładniej jak umiemy. Chcielibyśmy zrobić wszystko i jednocześnie nie robić nic... 

Marradi - dom z kamienia blog - figicyklameny - jesień w Toskanii

Przyzwyczaiłam się mieć chłopców w domu i smuci mnie ten koniec wakacji chyba w takim samym stopniu jak ich, a może nawet bardziej. Szczególnie w tym roku, kiedy mam wrażenie, że te wakacje trwały od wieków, a do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja... 

To był dobry czas i kolejny raz powtórzę - mimo ekonomicznych skutków ubocznych - ten czas to dla mnie jak najprawdziwszy dar i co ważniejsze mam poczucie, że dobrze go wykorzystaliśmy.  

Wyjazd do Livorno był w tym wszystkim wisienką na torcie, a samym tortem były niekończące się rozmowy, spacery, wspólne filmowe wieczory, gotowanie, przygotowywanie do przeprowadzki, czułości i prawdziwa, naturalna  bliskość. 

W piątkowe popołudnie wyszliśmy razem na lody i celebrowaliśmy je, jakby to było nie wiem co. To pewnie już jedno z ostatnich takich wyjść w tym roku. Po pierwsze dnia ubywa, a po drugie zaraz każdy wróci do swoich obowiązków na pełen etat. Już nie będzie aż tylu leniwych ciepłych momentów... 

Nim doszliśmy do Marradi poprosiłam chłopców aby przyłączyli się do krótkiego nagrania. Takie rzeczy bardzo ich onieśmielają, więc wybaczcie trochę nieskładne wypowiedzi. Chcieliśmy "na żywo" podziękować wszystkim, którzy przyłączyli się do zrzutkowej akcji i Małgosi, która tę akcję zorganizowała. To budujące, że w tym trudnym świecie jest jeszcze tyle dobra w ludziach. 

Nie wiem jak dałabym sobie radę z nowym domem, z jego urządzeniem, z przeprowadzką bez Waszej pomocy. Mam nadzieję, że nie dalej niż za kilka tygodni będę do Was pisać z domu "po drugiej stronie rzeki", ale już dziś pragniemy z całego serca gorąco Wam podziękować:


Teraz już czas na mnie. Podczas gdy chłopcy cieszą się ostatnimi w tym roku wakacyjnymi porankami i spaniem do woli, ja ruszam do lekcji. 
Mamy oczywiście jakiś zarys planów na weekend, ale co z nich wyjdzie, tego nie wie nikt. Tak jak pisałam wcześniej - chciałoby się zrobić wszystko i jednocześnie nie robić nic... Na mnie na pewno poza lekcjami czeka kolejne wiadro pomidorów do przerobienia, a poza tym może... Ha! Kto wie!
Dobrego weekendu!

WYBUCHNĄĆ to po włosku ESPLODERE (wym. esplodere)

Tomek i Mikołaj dom z Kamienia

Livorno

Livorno - "Podróż za jeden słoik" - akt III - Venezia, fortece i to co na talerzu

piątek, września 11, 2020

Livorno - quartiere Venezia

Po pierwszej wizycie w Livorno najbardziej nie mogłam odżałować tego, że nie widzieliśmy dzielnicy zwanej "Venezia". Oczywiście ten nasz pierwszy raz w Livorno to tylko "wpadł i wypadł" - obiad, zdjęcie na tarasie i tyle, ale niedosyt pozostał i planując tę podróż wiedziałam, że Venezia będzie naszym żelaznym punktem.

Quartiere Venezia - Livorno

Venezia jest moim zdaniem jednym z najbardziej charakterystycznych i sugestywnych miejsc w całym mieście. Została utworzona w XVII wieku, prace przy jej budowie ruszyły dokładnie w 1629 roku. 

Quartiere Venezia to tak naprawdę wyspa, podzielona kanałami, które miały zapewnić handlarzom jak najwygodniejsze przemieszczanie się pomiędzy portem i ich magazynami. Projekt powstał właśnie z myślą o nich - takie miasto jak Livorno, gdzie handel był integralną częścią życia miasta, musiało handlarzom stworzyć godne miejsce.
W XVIII wieku dzielnica przeżywała swój największy splendor, to właśnie ten rejon wybierały inne państwa na siedziby swoich konsulatów.

Oczywiście mosty i kanały przywodzą na myśl słynne miasto - dlatego też często dzielnica bywa nazywana Małą Wenecją Toskanii. Warto wiedzieć, że każdego roku w sierpniu odbywa się "Effetto Venezia" cykl imprez - z muzyką, z lokalną kuchnią, z wystawami i teatrami ulicznymi.

 Venezia Nuova Livorno
Nowa Venezia Livorno

Z Nową Wenecją połączona jest jednym mostem Fortezza Nuova, która powstała kilkadziesiąt lat wcześniej - jej budowa ukończona została około 1600 roku. Tak naprawdę cała historia bierze początek we Florencji, kiedy to w piętnastym wieku Medyceusze postanowili ruszyć ze swoją morską ekspansją. 
Wykonanie projektu powierzono jednemu z ulubionych architektów słynnego rodu - Buontalenti i do dziś forteca bywa często nazywana "Pentagonem Buontalenti". 

Venezia dzielnica Livorno
Dzielnica Livorno - Venezia
Livorno dzielnica Venzia
dzielnica Livono Venezia
Livorno Fortezza Nuova
Livorno Fortezza Nuova

W tej chwili do Fortecy można wejść tylko z jednej strony i było to pierwotnie powiedzmy "wyjście awaryjne". To natomiast, które było dawniej wejściem głównym, niestety nie zachowało się do naszych czasów.
Jedną z miłych rzeczy w Livorno jest to, że cały jeden dzień i pewnie więcej można wypełnić zwiedzaniem nie wydając przy tym ani centa. Również wejście do Fortezza Nuova jest bezpłatne. 
Warto zajrzeć tu na krótszą czy nawet dłuższą chwilę, a już obowiązkowo, jeśli wśród zwiedzających są dzieci. Na środku fortezza jest przyjemny park ze stołami piknikowymi, z placem zabaw oraz widokiem na okalające fortecę kanały. 

Livorno Fortezza Nuova
Livorno - Fortezza Nuova
Livorno park na Fortezza Nuova
Livorno - Fortezza Nuova

Kiedy już nasyciliśmy oczy rybami na targu, kiedy wyspacerowaliśmy się jak należy po Venezia Nuova i kiedy zwiedziliśmy nową fortecę, chłopcy coraz częściej zaczęli przebąkiwać o tym, że chyba już czas coś zjeść. 
Minęliśmy zatem starą fortecę, Tomek kolejny raz pomachał do googlowego samochodu rejestrującego street view - który napotkaliśmy tego dnia niezliczoną ilość razy i ruszyliśmy wzdłuż portu w stronę słynnego tarasu. Tam bowiem zaplanowaliśmy nasz obiad - w lokalu sprawdzonym w czasie naszej pierwszej wizyty w Livorno. 

W tym miejscu kolejny raz muszę podkreślić jeszcze jeden, jakże ważny aspekt - Livorno to idealne miejsce na ekonomiczną wycieczkę. Ceny w lokalach są zdecydowanie niższe niż te, które znajdziemy choćby w Lido di Dante - a gdzie tu zwykłemu kąpielisku Romanii do portowego miasta Toskanii! Tak... ceny w Livorno to bardzo miła niespodzianka.

Livorno - typowe danie caciucco

I teraz co zjeść? Nie napiszę raczej nic odkrywczego - jest się nad morzem, to rzecz jasna je się ryby i owoce morza. Warto jednak wiedzieć, że Livorno ma swoje popisowe dania i tak nie można być w tym mieście i nie spróbować caciucco (foto wyżej). Caciucco było jednym z argumentów, które według Tomka przemawiały za tym, by na nasze wojażowanie wybrać właśnie Livorno.

Jest to zupa rybna - podobna do zupy gulaszowej, tylko zamiast mięsa gęsto tu od kawałków różnych ryb i owoców morza, do tego oczywiście opiekane kromki toskańskiego chleba. Poza tym na liście typowych dań znajdziemy też baccalà alla livornese (baccalà, to suszony solony dorsz) oraz torta di ceci. Tego ostatniego spróbujemy następnym razem, tak jak i następnym razem koniecznie muszę napić się ponce alla livornese (mix kawy i likieru z dodatkiem skórki cytrynowej i cukru) 
To wystarczająca motywacja, by do Livorno jeszcze raz zawitać. Choć motywacji mam zdecydowanie więcej...

Fritto misto danie w Livorno
antipasto di Mare w Livorno

Słońce paliło jak w środku lata... Wstaliśmy od stołu i leniwym krokiem dobrze najedzeni ruszyliśmy w stronę znajdującego się dwa kroki dalej tarasu - oto słynna ze zdjęć Terrazza Mascagni - chyba najczęściej fotografowane miejsce w Livorno i przyznam jedno z moich ulubionych. 

Taras jest wyjątkowo fotogeniczny. Chciałabym móc kiedyś podziwiać na nim zachód słońca, choć wyobrażam sobie, że o tej porze spacerowiczów jest znacznie więcej. 
Szczęśliwie w czasie naszego spaceru przechadzały się tylko pojedyncze osoby. 


Taras powstał około 100 lat temu. 4100 kolumienek w balustradzie, 34.800 płytek biało czarnych, które układają się w stylowy i jedyny w swoim rodzaju punkt widokowy i nadmorski deptak - niczym gigantyczna szachownica.

Warto wiedzieć, że kilka wieków wcześniej znajdował się tutaj system obronny Forte dei Cavalleggeri. Przestał istnieć w XIX wieku i pod koniec tego samego stulecia na jego miejscu stanął park rozrywki, gdzie można było oglądać projekcje kinowe - jedne z pierwszych w całej Italii.  

Dopiero od 1925 taras przybrał obecną formę - a zatem jego pierwsze lata wiążą się z latami włoskiego faszyzmu - i rzeczywiście jego pierwotna nazwa brzmiała zupełnie inaczej. Taras nosił imię Costanzo Ciani, który był jednym z ważniejszych przedstawicieli partii faszystowskiej. Dopiero po wojnie, by zatrzeć ślady po niechlubnej części historii nadano mu imię Pietro Mascani - słynnego kompozytora urodzonego w Livorno.

Livorno Taras Mascagni
Livorno Terrazza Mascagni

Wracaliśmy do domu przystając przy ujęciach wody, by schłodzić twarz i całą głowę, bo upał panował piekielny - cudowny, letni, toskański upał... 
Byliśmy uradowani miejscem, sobą, smakami, morzem, marzeniami, które lęgły się pod skórą, planami na następny raz...
A następny raz w Livorno być musi, bo jeszcze wiele zostało do odkrycia, do przestudiowania, do zrozumienia i sfotografowania. Choćby Modigliani, którego malarstwo tak uwielbiam! 

Pomyślałam więc, że o artyście napiszę za jakiś czas, kiedy znów będzie mi dane pospacerować wzdłuż livorneńskich kanałów, po szachownicy Mascagni, kiedy znów usiądę gdzieś w lokalnym barze, zamówię ponce, czy wybiorę się kolejką na pobliskie wzgórze... Livorno kryje jeszcze wiele niespodzianek. 


Tymczasem dzień dobry weekend - ostatni w tym roku wakacyjny weekend i na samą myśl miałabym ochotę się rozpłakać, ale... Nie ma tego złego, idzie jesień, idzie nowe, idą zmiany, idzie mam nadzieję to, co dobre... 
Ps. 
Z tą jesienią to trochę przesadziłam. Temperatura w nocy spada ledwie do 19 stopni, a dzień pali upałem. Tylko cyklameny wychylają się to tu to tam i lipy jakieś takie w lekko żółte plamy...

PLAMY to po włosku MACCHIE (wym. makkie)