codzienność

O Adamie i Ewie, o Achillesie, o słowie pisanym lepiej lub gorzej plus garść informacji pandemicznych.

piątek, grudnia 04, 2020


 - I taką ma szyję! - Mikołaj wygłaszał bezlitośnie druzgocącą krytykę.
- Nie wszyscy są idealni. Tak nie można. Jeśli ty masz śliczną szyję to nie znaczy, że każdy taką ma.
- Ja mam taką szczuplutką - wyciągnął się w górę jak łabędź. 
- Ty masz taką tłuściutką - powiedział starszy brat.
- A ty chudą i masz taką skórę jak żółw. 
- Tomek ma taką, ty taką, obydwie ładne.
- Ale ja mam rzeczywiście taką długą i chudą, trochę jak żółw - przyznał Tomek. 
- Pokaż!
...
- Może trochę... Ale ładna, tak czy inaczej. Lubię długie szyje.
- A Tomek ma takie coś, a ja nie mam - Mikołaj wskazującym palcem dotknął centralnego punktu szyi brata.
- To tak zwane jabłko Adama. 
- A dlaczego tak się nazywa?
- Szczere mówiąc to nie mam pojęcia.
- Adam zjadł jabłko i mu stanęło w gardle - wydedukował sobie na głos Mikołaj i zaraz się zamyślił dotykając jednocześnie szyi - ale dlaczego ja nie mam? Może ja jestem Ewa?

***
...
- Matka oczywiście wie jak się kończy Iliada?
- Oczywiście, że Matka nie pamięta... - dopowiadam skruszona pod miażdżącym spojrzeniem Mikołaja.
- No jak nie wie?
- Nie wie. Ja nie miałam tak fajnie prowadzonych lekcji, żebym w wieku czterdziestu kilku lat pamiętała antyczną literaturę i co ważniejsze, żebym ją kiedykolwiek polubiła. Niestety... 
- Kończy się dwoma pogrzebami. To było tak, że zabili najlepszego i w sumie jedynego prawdziwego przyjaciela Achillesa - Patroclo. Zabił go taki typek wredny, nazywał się Ettore, bo się pomylił, myślał, że to Achille, a tymczasem zabił jego przyjaciela i Achilles postanowił się zemścić i też go zabił. 
- Wiesz co? Ty powinieneś dzieciom korepetycji udzielać! 
- W życiu!!! Ale dlaczego?
- Bo nawet antyczny epos potrafisz tym swoim paplaniem przełożyć na swojski język. Tak łatwiej jest wszystko rozumieć. 
- Jak kiedyś tak prof C. coś opowiedziałem, to za styl obniżyła mi ocenę o dwie w dół. 
- W szkole to co innego. 
...
- A prof B. to mnie bardzo lubił. 
- Twój ulubiony prawda?
- Jeden z ulubionych. Ja byłem jak jego ten... no ten.. z Władcy Pierścieni u Theodena...
- Gadzi Język? Czy jak mu tam.
- Właśnie! Ja mu na przykład mówiłem, prof to jest bez sensu ten argomento, to nam się w ogóle w życiu nie przyda i prof mnie słuchał, nawet przyznawał rację i wcale tego potem nie przerabialiśmy!! 

***
- A matka zna inwokację?
- Już chyba całej nie pamiętam. "Litwo..."
- Świetne! - Mikołaj dodaje od siebie kilka wersów, ale jakoś mylą mu się słowa z popularną modlitwą. Wszystko zlało mu się w jedno. Potok słów, których nawet ja nie rozumiem. Potok słów i tyle.
- Ja do tej pory nie wiem co to jest świerzop i co to jest ta dzięcielina! - zatrzymuję się z recytacją.
- To niech sobie matka na Googlu sprawdzi. 

Pozwólcie, że do czegoś się przyznam. To będzie szczere wyznanie. Nigdy tego na głos przed publiką nie wyznałam. Prześlizgnęłam się z legendarnym sukcesem z języka polskiego na koniec podstawówki, dostałam się do dobrego liceum, zdałam z polskiego maturę na piątkę z plusem, dostałam się na polonistykę UW i nigdy z premedytacją i z pełną świadomością Pana Tadeusza nie zmęczyłam. No nie i już! I teraz raczej mi to nie grozi. 
Nie bijcie, nie gańcie! Na świecie jest tyle wspaniałej literatury. 

A w kwestii słowa pisanego...
- Tomeczku weź kartkę i pisz listę zakupów. 
Napisał:
 

- Niech Matka zobaczy jak on bazgrze! - oburzył się Mikołaj. - Jak tak można pisać? Kto to rozczyta?
- Ty serio tak piszesz? - upewniłam się.
- Tu jest ładnie napisane. Normalnie jak robię notatki to wygląda to trochę inaczej.
Wziął Tomek listę i po lewej stronie dopisał wersję codzienną, tak jak sporządza notatki. Na to Mikołaj oburzył się jeszcze bardziej, "wyzwał" brata od lekarzy i sam przepisał wszystko najpierw "normalnym swoim" pismem, a potem obok drukowanym na modłę włoską (według niego). 
Listy zakupów są u nas zazwyczaj w dwóch językach, a kiedy sporządza je Mikołaj nawet w czterech.
W poniższej liście jest pewna zmyłka. Ciekawe czy moi uczniowie rozszyfrują. Niewinne słowo zapisane po polsku wcale nie jest tym czym miało być. Tomek zrobił nietrafioną kalkę z języka włoskiego. Odgadniecie? Uprzedzam, że wcale nie chodzi o pastę.


Muszę już pędzić do lekcji, ale jeszcze w telegraficznym skrócie dodam, że: 
Spotkanie w gminie poszło dobrze, po raz pierwszy zostałam do opasłych rejestrów gminy wpisana, choć na dokończenie całej procedury trzeba poczekać pewnie kilka tygodni, bo są jeszcze formalności, których muszę dopełnić. Mam nadzieję, że nic już na przeszkodzie nie stanie i rzeczywiście bożonarodzeniowy cud stanie się faktem. 
Po drugie wczoraj wydany został nowy dekret. Na okres świąt jesteśmy uwięzieni rygorystycznie we własnych gminach, z godziną policyjną. Do 6 stycznia włącznie zamknięte są wyciągi narciarskie - o to mnie ostatnio pytaliście. Potem powinny już działać. Dzieciaki licealne od 7 stycznia wracają do szkoły. A zatem jeśli myślicie o podróży do Włoch to raczej od drugiego tygodnia stycznia. Mam nadzieję, że nic nowego nie wyskoczy!

Dobrego dnia!

śnieg

Pierwszy śnieg tej jesieni i co w pandemii piszczy

czwartek, grudnia 03, 2020


Najpierw fejsbuk wypełnił się zdjęciami zaśnieżonej równiny, Bolonii i Mediolanu. Dopiero potem, kiedy siedziałam przed komputerem prowadząc entą tego dnia lekcję do pokoju "dyskretnie" wtarabanił się Mikołaj, który podbiegł do mojego okna, odchylił zasłonkę i z radością oraz wzruszeniem zaprezentował mi to, co działo się za oknem. Śnieg w Biforco padał zaledwie przez chwilę, ale po godzinie wyraźnie widać było, że samochody zjeżdżające z gór miały na dachach grubszą śnieżną kapotę. Wszystkie przełęcze w okolicy przykrył śnieg. 

Nad ranem usłyszałam charakterystyczny hurgot, jaki wydaje żelastwo, kiedy spotyka się z asfaltem. Zima nie zaskoczyła drogowców. Pługi kursowały pewnie całą noc. 

Dziś rano widok z Domu z Kamienia za rzeką prezentował się tak, jak na załączonych zdjęciach. Teraz śnieg został już tylko gdzieś wyżej. W Biforco drobne białe plamki tu i tam.


Nie wiem czy już potwierdzone są informacje dotyczące covidowych restrykcji, ale wszystko wskazuje na to, że dzieciaki z liceów do szkoły wrócą po Befanie czyli 7 stycznia, do świąt cała Italia znów ma być żółtą strefą, ale i tak od 21 grudnia do 6 stycznia będzie rygorystyczny zakaz przemieszczania się nie tylko między regionami, ale również gminami. Ma to zapewnić nam uniknięcie trzeciej fali zachorowań, która na pewno po "swobodnych" świętach miałaby miejsce. 
Co o tym myślę?
Nic nie myślę. Nie zastanawiam się już od jakiegoś czasu. Jest jak jest. Pracuję jak najwięcej, by móc przetrwać, by iść do przodu, a czy mogę pojechać do Faenzy czy Florencji to w tej chwili jest kwestia naprawdę drugorzędna. Bardziej zależy mi na tym, byśmy na wiosnę z tego całego bałaganu na serio zaczęli wychodzić. Już niektórzy z Was nieśmiało umawiają się na marradyjskie wakacje i na wspólne spacery po Florencji. To mnie bardzo cieszy!

Środa minęła szczęśliwie bez wpadek. Chyba zwyczajnie nie miałam na nie czasu. Nie kupiłam już nic za dużego, ani nikomu nie próbowałam wmówić, że jest moim dostawcą gazu czy czegokolwiek innego. Także ten... byle do przodu!

Ps.
Czy zauważyliście, że nie pomarudziłam tym razem na śnieg? Zuch ze mnie baba! Sucha relacja niczym prawdziwy reporter. 

DO PRZODU to po włosku AVANTI (awanti)

codzienność

O tym jak zmienia się krajobraz i o kolejnych popisach w moim wydaniu...

środa, grudnia 02, 2020

settembrini - blog dlm z Kamienia 

Myślę, że to był już ostatni cyklamen w tym roku. Aż dziw, że przetrwał pierwsze przymrozki. Jak one długo w tym roku trwały... Coś niebywałego. Poza cyklamenami na przedwczorajszym i wczorajszym spacerze znalazłam jeszcze settembrini i nawet róże w pąkach, jakby sobie nic z nadchodzącej zimy nie robiły. Fotografowałam kwiatki i z nosem przy ziemi jak głupia szukałam zielonych świeżych zalążków prymulek... A to przecież jeszcze chwilę!

Kolory z przedwczoraj nie miały nic wspólnego z wczoraj, a dziś to w ogóle świat spłynął deszczem tak łzawym i rozpaczliwym, że aż z żalu serce ściska. Ten deszcz kolejnej nocy ma zamienić się w śnieg. Nie na długo, tylko na jedną noc, na jedną chwilę, potem znów wróci słońce i temperatura do rzeczy, ale... Ja ze śniegiem to mam zawsze problem, choć oczywiście wiem, że ziemi jest potrzebny!

Dom z Kamienia blog Marradi

We wtorek dotarła część zakupów z Ikea, w tym Tomka niezliczone pudełka i pudełeczka na lego i do nich cały mebel, żeby te pudełka zamontować. Jaki on był szczęśliwy! I z lampy jak się cieszył! Wyginał ją i demonstrował jak profesjonalnie teraz będzie mógł robić nagrania swoich animacji! Radość dziecka - moja radość. 
A ja? Popisu inteligencji ciąg dalszy...
Wśród zamówionych rzeczy dotarły dwa materace. Z oszczędności zamiast jednego postanowiłam wziąć dwa pojedyncze. Najtańsze jakie były, ot żeby tymczasowo na czymś spać w miarę po ludzku... 
Szczęśliwa rozpakowałam materace ułożyłam na łóżku i wtedy okazało się, że moje łóżko ma przecież 160 cm szerokości... 
Dwa materace 90 cm są więc o kant d... Kto by pomyślał, że pojedyncze materace mogą być osiemdziesięciocentymetrowe! Kto to wie takie rzeczy???
Matko czy ja się kiedyś ogarnę?
Myślę, że zwrot i koszty byłyby wyższe niż te materace warte, więc teraz tak będę spała i już! Za gapowe się płaci. Może się wreszcie nauczę i następnym razem lepiej zastanowię! 


Dziś środa. Dziś tylko lekcje. Na nic innego czasu nie będzie. Może to i lepiej - mniejsze ryzyko, że znów coś nawywijam. Oczywiście zawsze istnieje możliwość (nawet spora) poplątania lekcyjnych godzin, ale sprawdziłam zweryfikowałam, dziś niespodzianek być nie powinno. 

Chłopcy otworzyli pierwszy grudniowy woreczek. Ten pierwszy tradycyjnie opatrzony był krótkim liścikiem jak to Matka Pusia życzy im wspaniałego odliczania do świąt i jak bardzo się cieszy, że mimo nastoletniego wieku wciąż takie "głupoty" ich bawią.


Drugi dzień grudnia przed nami. Z nieba leje się wartkim potokiem, pracy po kokardy, ale co by się nie działo, niech to będzie dobry dzień!

ZAMÓWIENIE to po włosku ORDINE (wym. ordine)


codziennośc

Popis "mądrej" głowy

wtorek, grudnia 01, 2020


Taki sobie był ten poniedziałek... Tak jak sugerowała A., ostatecznie postanowiłam zrzucić wszystko na karb jakiejś wyjątkowo trudnej pełni księżyca...
 
Choć z kartami medycznymi chłopców poszło wszystko gładko, choć w gminnym biurze urzędniczka po raz pierwszy przywitała mnie z uśmiechem i nie piętrzyła problemów, dając nadzieję na pozytywne załatwienie sprawy, to mimo wszystko kiedy wieczorem kładłam się spać miałam w sobie jakiś niepokój. Pełnia pełnią, ale myślę, że czasem jest po prostu za dużo wszystkiego na jedną głowę. 

Przez to "za dużo" wszystko mi się w głowie miesza i na przykład robię z siebie wariata. A to było tak...

W poniedziałkowy ranek do stresów związanych z załatwianiem urzędowych spraw doszedł jeszcze jeden. Zaczęłam coraz usilniej zastanawiać się dlaczego jeszcze nie dostałam rachunku za gaz. W głowie zalęgła się obawa, że odesłana przeze mnie umowa wcale do dostawcy nie dotarła i że zaraz odłączą mi gaz - tego by mi jeszcze było trzeba! 

Zamiast bez sensu się stresować, jeszcze ciemnym świtem weszłam na stronę internetową Eni, utworzyłam swój profil, zalogowałam, łudząc się, że w ten sposób będę mieć podgląd rachunków. Co ciekawe mój profil był jakby "pusty". Nic kompletnie poza tym, co sama wpisałam...
To utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że moje dokumenty rzeczywiście do nich nie dotarły i trzeba szybko reagować. 
By nie tracić cennego czasu, już kiedy szłam do Marradi wyciągnęłam telefon i dalej dzwonić i wysłuchiwać wciśnij jeden, muzyczka, wciśnij dwa... W końcu szczęśliwie połączyło mnie z operatorką z krwi i kości, więc zaraz zaczęłam klarować jaki mam problem. 
Miła pani zapytała mnie o podstawowe dane i chwilę później poinformowała, że nie mają takiego użytkownika. Na co ja, że niemożliwe, że może jeszcze raz sprawdzi po adresie, po numerze telefonu ecc... Operatorka po kilku próbach, które kończyły się tak samo zapytała w końcu: a może pani nie u nas aktywowała, tylko u innego operatora... "No przecież nie jestem jakaś głupia!" 

I w tym momencie znów przypomniała mi się sytuacja jak z Anką byłyśmy sto lat temu na zakupach i jak nam z parkingu w Arkadii samochód "UKRADLI". Do dziś to jedna z ulubionych rodzinnych anegdotek. 

No ale przecież człowiek dorasta. No przecież serio jakaś głupia nie jestem!

Operatorka zasugerowała żebym zadzwoniła jeszcze raz jak już będę przy liczniku i podała jakieś tam kody, to może w ten sposób dojdziemy w czym rzecz. 

Wracałam do domu po wszystkich załatwionych sprawach z ciut lżejszą głową i wtedy włączyła mi się w myślach drobna wątpliwość... Dlaczego strona internetowa, na której się rano zarejestrowałam była w żółto czarnych barwach, a logo na umowie, którą dostałam było niebiańsko błękitne? Co za głupota taka niespójność! Chyba, że...

Wyciągnęłam telefon. Google ratuj. Czy to możliwe, że jest dwóch operatorów o podobnej nazwie? Enigma się zaraz rozwiązała. Engi! Nie Eni!!!! Idiotko... 
Zadzwoniłam do Engi, wyjaśniłam, a uprzejmy pan potwierdził, że wszystko się zgadza, że rachunki wychodzą dopiero w tym tygodniu, że mam się nie martwić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Rany jaka ja byłam miła dla tego operatora. Jak ja mu wylewnie po wszystkim życzyłam pięknego dnia... 

Z tej całej chwilowej ulgi, jak tylko wróciłam do domu, zaraz wyciągnęłam lampki i obwiesiłam co się dało. Potem olśniło mnie jeszcze z jednym pomysłem na wypełnianie woreczków kalendarza, więc zaraz napisałam do J. największej poliglotki jaką znam - "ratuj, mądrości w trzech językach potrzebne!" Tak sobie wymyśliłam, że w tym roku poza słodkościami dołączę do woreczków cytaty po francusku, niemiecku i angielsku. W kwestii dwóch pierwszych języków musiałam oczywiście ślepo zaufać J. Niech się chłopcy głowią. Niech ten codzienny grudniowy rytuał będzie też trochę edukacyjny. 
Dobrego dnia! Dzień dobry grudzień!

IDIOTA po włosku brzmi identycznie: IDIOTA! 


listopad

Karuzela na przyspieszonych obrotach i mgła alpinistka

poniedziałek, listopada 30, 2020

 blog Dom z Kamienia, Marradi

Mgle w końcu się udało. Udało koncertowo. Udało nie tylko do nas wdrapać, ale też być najbardziej ponurą ze wszystkich listopadowych mgieł. Tak czy inaczej odważnie wyszłam z domu z Nikonem na szyi, by choć te kilka kroków odbębnić - w myśl zasady "żadna zła pogoda mnie nie wystraszy". Potem przyjechał Mario i pojechaliśmy na Passo della Peschiera, na najwyższy w naszej gminie punkt na asfalcie, bo Mario był przekonany, że tam się ta mgła na pewno nie wdrapała. Już miałam wizję jak piękne zdjęcia zrobię, jak stanę sobie ponad tą mgłą, gdzie królują słońce i lazur... 
Okazało się jednak, że w niedzielę mgła oddała się z zapałem wspinaczce wysokogórskiej i nawet na tysiącu metrach bury kisiel spowijał cały krajobraz... Okropieństwo. Proprio novembre...


Niedziela to najmilszy dzień w tygodniu, ale jest jej zdecydowanie za mało... Raczej nie udaje mi się w sobotę "ogarnąć" wszystkich lekcji na kolejny tydzień, więc i część niedzieli upływa na siedzeniu przed komputerem. Oznacza to, że pracuję praktycznie bez przerwy i zaczynam czuć coraz mocniej jak brakuje mi oddechu. Wczoraj uświadomiłam sobie, że najbliższy weekend to przecież u nas długi weekend i dobrze, że przynajmniej chłopcy choć ciutkę odetchną. Oby tylko jakaś pogoda ludzka była, bez mgieł alpinistek. Już na samą myśl o śniegu zapowiadanym za kilka dni mam ciarki... 


W niedzielę postanowiłam też wyciągnąć kalendarz adwentowy i zacząć go wypełniać. Miałam ochotę obwiesić lampkami balkon, ale ponieważ nie widziałam jeszcze w miasteczku ani jednego światełka, pomyślałam, że jednak nie będę wychylać się przed szereg. Dopiero wieczorem, kiedy zapadły ciemności okazało się, że w Biforco tych światełek jest już całkiem sporo. Tylko Marradi w tym roku pozostało nierozświetlone. Dlaczego? Nie mam pojęcia...


Niedziela była mglista i zmęczona, ale na pewno wyjątkowo smaczna. Ileż to dobroci wylądowało na naszym stole! Istna rozpusta! Najpierw Tomek zażyczył sobie american pie. Nigdy w życiu tego nie robiłam i szczerze mówiąc w ogóle przepis do mnie nie przemawiał. Nie zrobiłam nawet zdjęć w trakcie przekonana, że mój eksperyment wyląduje w koszu. Tymczasem... Che bontà!!! Do powtórzenia i udokumentowania!
Potem na kolację były jajka z truflami! Trufle podarowała mi dobra dusza, która wie, że to jeden z moich ulubionych smaków. Ponadto w kamiennym kociołku pyrkotała zupa z warzyw ogródkowych z cavolo nero w roli głównej. Takie "eko", że świat nie widział.

Dom z Kamienia blog - kuchnia

A dziś czeka mnie znów wizyta w gminie, do tego muszę zahaczyć o przychodnię, bo chłopców dokumenty na dniach tracą ważność i już na samą myśl, że tyle dziś spraw do załatwienia aż mi się słabo robi... Jutro powinna dotrzeć kolejna tura klamotów z Ikea. Swoją drogą kolejne dwa kartony udało się w weekend rozpakować. Mam wrażenie, że ktoś posadził mnie na kręcącą się w zawrotnym tempie karuzelę... 
Żegnamy listopad i witamy nowy tydzień. Dobrego poniedziałku!

WŁAŚNIE LISTOPAD to PROPRIO NOVEMBRE (wym. proprio nowembre)

życie

Nieprzespana noc i całkiem udana sobota

niedziela, listopada 29, 2020


Na telefonie wyświetliła się godzina 2.30... Za nic nie mogłam spać. Jak już się obudziłam, to zaczęłam kręcić się z boku na bok, a głowa zamiast odpłynąć znów w słodkie sny, czy w ogóle jakiekolwiek sny, zaczęła nakręcać się różnymi możliwymi scenariuszami. Niekoniecznie tymi różowymi... O spaniu nie było już mowy.
Zapaliłam lampkę, otworzyłam komputer i zaczęłam poprawiać list do gminy, który miałam zanieść za dziesięć godzin. Jak już uporałam się z listem, a sen dalej nie przychodził, to złapałam się za lekturę, którą też dzięki temu pewnie już jutro Wam zrecenzuję. I tak zrobiło się dobrze po czwartej...
W końcu mnie zmogło i zasnęłam, ale przez to wszystko ledwo przed lekcjami się ze wszystkim wyrobiłam. Nie lubię takich poranków "nie po mojemu". 

I teraz do rzeczy, co w gminie.
Mój list został chyba dobrze przyjęty. Muszę tak czy inaczej nanieść jedną poprawkę, a raczej doprecyzować pewną kwestię i przynieść go jeszcze raz w poniedziałek. Wygląda na to, że sprawy, których nie udało mi się usystematyzować przez siedem lat, może uporządkują się teraz? Jeśli tak będzie istotnie, zacznę wierzyć w cuda bożonarodzeniowe. 


Wracałam z Marradi ciut lżejsza, to znaczy objuczona byłam zakupami jak średniowieczny muł, ale w środku było mi zdecydowanie lżej. Oczywiście za wcześnie na radość, bo może to tylko takie moje wrażenie, że wszystko się uda, niemniej staram się być dobrej myśli. 

W sobotę chłopcy kończą lekcje dopiero o 13.00. Wtedy siadamy razem do obiadu i nim odejdziemy do stołu robi się 14.00. Nikogo wczoraj nigdzie nie wyciągałam, nawet samej siebie. Po poranku na wariata, po kilku lekcjach, po tachaniu zakupów z Marradi i nerwach związanych z biurokracją sama nie miałam już siły nigdzie iść, tym bardziej, że zapowiadana od kilku dni mgła w końcu wdrapała się na nasze 300 metrów nad poziom morza.

Postanowiłam, że skoro już nigdzie się nie wybieram, to choć popracuję i tak będę mogła podarować sobie całą wolną niedzielę. Kilka godzin zajęło mi przygotowanie nowych lekcji, ale też z radością i spokojniejszą głową znów po miesiącach przerwy usiadłam do e-booka. "Sekrety Florencji po drugiej stronie Arno" na pewno nie będą skończone przed świętami, choć taki był mój plan. Muszę przynajmniej raz, choć lepiej dwa czy trzy wrócić do mojej ukochanej Florencji po brakujące materiały. Ruszam jak nas tylko otworzą, jak bardzo tęsknię to chyba nie muszę dodawać. 

Do pisania zabrałam się z zapałem, bo to właśnie ta Florencja jest moją ulubioną. Myślę, że druga część Florencji będzie bardziej emocjonalna i bardziej "moja". Wiem też, że powstanie część trzecia, ale o czym - tego jeszcze nie zdradzę. Gdyby komuś z Was umknęły "Sekrety" znajdziecie je na przykład - TUTAJ

Sobotni wieczór mogłam cały poświęcić na pisanie i czytanie, bo Mario, który dla kogoś piekł pizzę w sobotni wieczór, zapytał czy i my reflektujemy na dostawę. To nic, że pizzą opychaliśmy się w piątek, na pizzę Mario nie można powiedzieć nie! Pizza podjechała pod dom, a ja nie kiwnęłam nawet palcem. 

I tak mamy niedzielny poranek. Ostatni już w tym roku listopadowy niedzielny poranek. Poranek cały dla mnie... 
Myślę, że dziś wyczaruję coś dobrego do jedzenia. Tomek prosił o ciasto z jabłkami. Myślę też, że dziś powieszę moje słynne 24 woreczki. 
Poza tym idzie do nas zima, ale jeśli żadne oberwanie chmury dziś nas nie nawiedzi podaruję sobie kolejny, choćby nawet pochmurny spacer. Dobrej niedzieli!

BEZSENNOŚĆ to po włosku INSONNIA (wym. insonnia)

rozmowy

A gdyby tak...

sobota, listopada 28, 2020

Biforco, Castellone, Dom z Kamienia blog

- Pusia wyobraź sobie, że jutro budzisz się, a na świecie poza tobą nie ma nikogo. Świat jest taki jak był, ale wszyscy ludzie zniknęli. Co robisz? - takie pytanie rzucił Tomek gdy byliśmy gdzieś w połowie naszej piątkowej wyprawy...
- Najpierw jest mi smutno, że was nie ma. Potem, kiedy już ochłonę zaczynam zabezpieczać sobie prowiant na jak najdłuższe przetrwanie. A ty?
- Ja też. Potem wypuściłbym zwierzęta. Na przykład jakieś krowy zamknięte, psy.
- To i ZOO też trzeba byłoby otworzyć.
- Potem zorganizowałbym sobie broń.
- Po co broń skoro jesteś sam na świecie?
- Jak natura przejmie już cały świat, to żeby bronić się przed dzikimi zwierzętami.
- Świat zdziczałby bardzo szybko. Wystarczy przypomnieć sobie co było wiosną w czasie kwarantanny.


- A gdzie byś Pusia poszła?
- Pochodziłabym po Italii.
- Nie chciałabyś iść dalej??? 
- No dobrze... Pochodziłabym po Europie. Doszłabym nad ocean. Ale najbardziej to jednak po Italii. A ty? 
- Ja poszedłbym zobaczyć strefę 51.
- Najpierw musiałbyś przepłynąć ocean!
- To wybrałbym drogę przez Azję i dostałbym się najpierw na Alaskę. Musiałbym jakiś samochód sobie załatwić. 
- Ciekawe na ile wystarczyłoby paliwa? Pomyśl, że powoli powoli wszystko przestałoby normalnie funkcjonować. 
- Albo konia. Konia to bym sobie wziął na pewno i psa. 
- Może muła i takie coś co ciągną wiesz... coś jak sanie jeśli miałbyś wędrować przez Syberię. 


- Co byś jadł? 
- Od czasu do czasu zabiłbym jakąś krowę.
- Krowa duża. Nie zjadłbyś jej całej. Musiałbyś najwyżej osiąść gdzieś na dłużej, bo bez sensu takie marnotrastwo. Kto wie czy działałby prąd albo przez ile jeszcze czasu działałby bez obsługi ludzi, a zatem może nie miałbyś nawet lodówki. Lepiej już ustrzelić jakąś kaczkę.
- Pusia! Kaczki w życiu bym nie zabił. 


- O! I jeszcze wiesz co Pusia? Wziąłbym sobie z muzeum jakieś znane dzieło sztuki. 
- I co? z Giocondą na tych saniach maszerowałbyś przez Syberię na Alaskę?
- Gioconda za duża. 
- Wcale nie jest duża - rozkładam ręce - o taka mniej więcej. 
- To jednak za duża.
- Mógłbyś sobie wziąć jakiś dzbanek Etrusków na przykład. 
- Dobry pomysł! Choć w sumie... Po co mi taki gadżet skoro i tak nie można go nikomu pokazać?
- Ale z tym muzeum to ciekawe. Można byłoby wejść i wziąć sobie na przykład jakieś piękne zabytkowe odzienie.
- I koronę królowej! 
- Albo ciekawie byłoby sobie pomieszkać w jakimś ładnym palazzo
- Trzeba pamiętać Pusia, że nikt by nie czyścił kanałów, więc w miastach szybko zaczęłoby trochę zalewać. 
- Czyli jak zawsze w górach byłoby najlepiej... Popatrz jakie światło. Idziemy, gadamy, ale czy widzisz jak jest pięknie? 
- Widzę Pusia, widzę...

Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog

Kawa już wystygła, wiem, wiem... Będzie na poobiednią lekturę. Spacer mieliśmy we dwoje tak piękny, że słów brak. I pewnie mogłabym napisać coś więcej, ale czas się znów skrócił. Obiad na kuchni pyrkocze i mam teraz nadzieję na spokojną dalszą część soboty. Jutro opowiem Wam o tym dlaczego nie spałam pół nocy i jak minęło moje spotkanie w gminie. Kciuki w najbliższych dniach tak czy inaczej milo widziane.

Odpoczywajcie!   

NIKOGO NIE MA to po włosku NON C'È NESSUNO (wym. non cze nessuno)

biurokracja

Kiedy rozsądne argumenty są na nic...

piątek, listopada 27, 2020

 

Biurokracja mnie wykończy. Może nawet nie sama biurokracja, a jej absurdy. Odkąd tu jestem - ponad siedem lat - walczę z nią i wciąż bezskutecznie staram się uporządkować moje formalności. Kiedy dochodzę do muru ciskam wszystko w cholerę, ale wcześniej czy później problem wraca jak przysłowiowy bumerang. Czasem wraca w zupełnie nieoczekiwanym momencie... I tak w środę poczułam się jakby mi ten bumerang z zaskoczenia przywalił w głowę od tyłu. 
Walka z włoską biurokracją, to walka z nierównym sobie przeciwnikiem. Człowiek może mieć w ręku wszystkie najrozsądniejsze argumenty, ale co z tego...  

To zaburzyło nieco mój spokój, więc tym bardziej potrzebowałam wyjść z domu i przynajmniej spróbować zmartwienie rozchodzić. Pogoda była... dziwna. Po pierwszym tak wyraźnie przybielonym przymrozkiem poranku nadszedł dzień na pół pogodny. Mgła z równiny jakby nie miała siły wdrapać się do samej góry. Była bardziej jak rozrzedzona chmura, jak zasłona dymna, która to odsłaniała niebo, to szarościami rozciągała się na rdzawych wzgórzach. 

Spacer oczywiście pozwolił przewietrzyć głowę, ale problemu nie zlikwidował. Spotkanie w gminie umówiłam na sobotę. Słabo mi się robi na samą myśl.
Czasem sobie myślę, że powinnam w tej sprawie napisać do jakiejś gazety albo zrobić "zadymę" na fejsbuku. Jeśli zadziałało z internetem, to może i tu by pomogło? No nic... Zobaczymy jakie będą efekty sobotniego spotkania.


Listopad doturlał się prawie do mety. Kupiłam pierwsze łakocie do kalendarza adwentowego. ŚWiatełek świątecznych w Marradi jeszcze nie ma. Kto wie czy w tym roku w ogóle będą! Przed nami podobno deszczowy weekend, a za nim zima. Śniegu na horyzoncie jeszcze nie widać, ale pięć stopni w ciągu dnia, to zima jak ta lala! 
Weekend znów bardzo pracowity. Z wędrowania nie wiem co wyjdzie, bo jeśli ma lać, to może jednak zostanę przy świeczkach. 
Mario przywiózł wczoraj moją "odrestaurowaną" stolnicę, więc wypadałoby ją sensownie wykorzystać. Może jakieś tortelli albo inna fikuśna pasta? Jeśli nie będzie można zająć nóg, pomyślę nad efektownym zajęciem rąk. 

Dobrego dnia!

codzienność

Codzienność między słońcem a mgłą...

czwartek, listopada 26, 2020

Marradi, Dom z Kamienia blog 

Ostatnie trzy dni były wręcz nieprzyzwoitej urody jak na okryty niesławą listopad. Dopiero dziś zobaczyłam, że w kolejnych pogodowych kwadracikach ktoś na dobre wygumkował słońce. Nie wiem jak to możliwe, bo takie rzeczy to na nizinie, a nie u nas, ale przez trzy dni mamy tonąć podobno w gęstej mgle... Mah!
Po mgłach dla "poprawy nastroju" ma przyjść deszcz... Powiem tylko jedno: jak dobrze, że zrobiłam zapas świeczek!

Marradi, Dom z Kamienia blog

Nie wiem co się stało, ale wyczekiwany z utęsknieniem Domenico nie zawitał w środę do Biforco. Mam nadzieję, że zjawi się za tydzień, bo bardzo nam trzeba świeżej i pachnącej dostawy "południa". 
Na pocieszenie przy drzwiach wejściowych do domu znalazłam torbę z równie uroczym podarkiem - na oko jakieś 3 kilo ziemniaków ("swojskich"!) i dwie butelki wina. Do niespodzianki przyznał się Mario. Na kolację w związku z tym zaserwowaliśmy sobie ziemniaczaną sałatkę z rukolą.

Marradi, Dom z Kamienia blog

Znów między lekcjami udało się wyskoczyć na trochę. Wyskoczył każdy z nas w swoim kierunku. Tomek poszedł pobyć trochę z jednym takim biforkojwym psem, którego mu szkoda, bo zwierzak cały czas siedzi za swoim ogrodzeniem. Mikołaj przez chwilę mi towarzyszył, potem szczęśliwie w jednym kawałku zjechał z góry na łeb na szyję, a ja enty raz dotelepałam się do kasztanowego gaju...

Marradi, Dom z Kamienia blog

Do świąt zostało już ciut mniej niż miesiąc, ale w Marradi dopiero nieśmiało pojawiają się pierwsze pandoro i panettone. Przez dwa dni nie byłam w miasteczku, więc nawet nie wiem czy szykują się w tym roku świąteczne iluminacje. 
Tomek coraz bardziej namolnie domaga się świątecznych filmów, więc pewnie w weekend skapituluję i zaczniemy tradycyjny maraton od Love Actually, przez Polarne Ekspresy, Arturów co ratują gwiazdkę, na Griswoldach kończąc. 

***
- Pusia a wyobraź sobie taki paradoks - zaczął Tomek przy obiedzie. - W szachy grają: osoba, która umie czytać w myślach z osobą, która widzi przyszłość. Kto wygra? 
- Ja tam nie widzę tu paradoksu tylko niezły pat. 

A według Was kto wygra patką partię? Dobrego dnia!
SZACHY to po włosku SCACCHI (wym. skakki)

Ps. Na wszelki wypadek, gdybym komuś osobiście wczoraj nie podziękowała, tutaj jeszcze raz wielkie dzięki dla tych, którzy pamiętali bez obwieszczania na blogu. Jesteście kochani!

życie

Zachłanność

środa, listopada 25, 2020

Dom z Kamienia blog, Marradi, Toskania nieznana

W pół godziny wdrapałam się na górę. Sama byłam zaskoczona i pewnie gdyby nie "instagramy" i filmiki miałabym jeszcze lepszy czas, ale z drugiej strony nic nikomu nie muszę udowadniać, ani tym bardziej z nikim się ścigać. 
Wyrwanie się w tygodniu na ekspresowy "trekking" to ostatnio wyczyn, bo lekcji mam naprawdę bardzo dużo - zrobiło się z tego nauczania dobre półtora etatu, ale oczywiście wszystko można... Wystarczy tylko chcieć. Najważniejsze to nie szukać sobie wykrętów i usprawiedliwień. 


Niebo we wtorek nie było lazurowe, ale dzięki temu dolinę spowijało przydymione, niezwykle fotogeniczne światło. Nie było też bardzo zimno i już w połowie drogi stwierdziłam, że puchówka była lekką przesadą. 
Nadziwić się nie moglam, że choć za pięć dni listopad spadnie z kalendarza, to na drzewach wciąż jeszcze tyle liści, a wzdłuż ścieżki to tu to tam wychylają swoje filigranowe łebki w kolorze fuksji dzikie goździki. 

Nigdy bym nie przypuszczała, że kiedyś nadejdzie taki czas, że uda mi się oswoić listopad i nawet odrobinkę go polubić. Tak naprawdę czemu ten listopad winny? Poza tym im więcej mija czasu, tym większa we mnie zachłanność, by wycisnąć z każdego dnia jak najwięcej dobrego, żeby każdego dnia łechtała mnie radość z tego życia. 
Bo przecież jeśli byśmy tak odrzucili cały listopad, potem odrzucili w ogóle dni deszczowe, zimne, odrzucili dni pełne pracy i zajęć, odrzucili dni, kiedy nam się "nie chce", to ile by nam tego życia zostało? 
Kiedyś żyłam od wakacji do wakacji, od weekendu do weekendu, oby do wiosny, oby do lata, oby do świąt, oby do piątku. Niewybaczalne marnowanie czasu... 

Teraz natomiast ogarnęło mnie poczucie, że na coś podobnego nie mogę już sobie pozwolić. Przecież nie można żyć tylko od święta, tylko w wakacje, tylko w sobotę po południu i do tego tylko kiedy jest słońce...
To się zwyczajnie nie godzi...

Kiedy zapada zmierzch, zapalam świeczki. Kiedy głowa potrzebuje przestrzeni, idę przed siebie. Kiedy jakieś refleksje kłębią się po głowie, wymieniam myśli z A. i piszę. Poza tym cieszę się intensywnym zapachem pomarańczy... 

Dom z Kamienia blog, Marradi, Toskania nieznana

Wyszło nieco filozoficznie. Mam nadzieję, że nie bardzo tandetnie. Takie to myśli kotłowały mi się po głowie, kiedy we wtorkowe poobiednie popołudnie wspinałam się do resztek "mojego" zamku. 
A teraz jedna mała konkretna ciekawostka.
W szkole chłopców padła propozycja (może w innych też, ale tego nie wiem), żeby uczniom w czasie sprawdzianów lub odpytywania oprócz komputera kazać ustawić za plecami telefon z włączoną kamerą, tak by móc mieć na nich oko z każdej strony i tym samym pewność, że nie ściągają.
Propozycja spotkała się oczywiście z oporem i oburzeniem uczniów. Jednak co ciekawe w tym oburzeniu poparła ich większość nauczycieli, komentując tę propozycję jako niegodziwe okazanie uczniom braku zaufania. 
Brawa dla nauczycieli.
Kiedy dzieciaki wrócą do szkoły? Nie sądzę, by miało to miejsce przed świętami. Tak czy inaczej wszystkiego - mam nadzieję - dowiemy się z nowego dekretu w pierwszych dniach grudnia. 

Dom z Kamienia blog, Marradi, Toskania nieznana
Dom z Kamienia blog, Marradi, Toskania nieznana

Obrazkami z Biforco mówię Wam środowe BUONGIORNO. Mam nadzieję, że bywalcy Marradi i Biforco uśmiechną się na widok znajomej stacji. Ilu z Was odjeżdżało z tutejszego pierwszego i jedynego peronu? 
Dobrego dnia!

PERON to po włosku BINARIO (wym. binario)

Dom z Kamienia blog, Marradi, Toskania nieznana

codziennośc

Serce i bogactwo

wtorek, listopada 24, 2020


Zamiast zaczynać od tego czy jest słońce czy mgła czy że zrobiło się już późno, zacznę od tego, że serce Mario ma się dobrze, czy też jak sam przed chwilą napisał - nawet bardzo dobrze i ma zamiar jeszcze trochę "pobić". Nie pisałam nic wcześniej, żeby nie siać paniki, ale w ostatnich tygodniach Mario kilkakrotnie wylądował na pogotowiu i skarżył się na złe samopoczucie. Diagnoza powtarzana na pronto soccorso też nie była zbyt optymistyczna - że tak pozwolę sobie pozostać przy eufemizmach. Dzisiejszej wizyty i badań bał się więc Mario bardzo, tym bardziej, że do pewnych zabiegów podchodzi - powiedzmy - nieufnie.
Na szczęście, tak jak już napisałam - ma się dobrze, a sercu nic kompletnie nie dolega. Dobrze, że udała się w ogóle sama wizyta, bo teraz jak wiadomo czas na chorowanie wyjątkowo słaby.


Od rzeczy ważnych do największych banałów - czyli teraz dzielę się z Wami zdjęciami słynnego lustra, które nad kominkiem znalazło zacne miejsce. Dla większego efektu wersja dzienna i wersja wieczorna, kiedy to świece grają pierwsze skrzypce. 

Jeszcze dużo rzeczy - pewnie około połowy - nie jest na swoim miejscu, ale na to wszystko potrzeba czasu. W niedzielę przyszedł stolarz obejrzał kuchnię i obiecał, że blat i półki zamontuje przed świętami. Już się cieszę na samą myśl. Nie mogę się doczekać tej mojej kompletnej wymarzonej kuchni. Martwią trochę okna, bo dwa na gwałt są do wymiany, ale i temu jakoś się zaradzi. 


Słońce dziś bardzo wstydliwe. Poranki bardzo zimne. Dni tak pełne pracy, że czasu na śniadanie nawet jedzone w przelocie zwyczajnie brak. Obmyślam gdzie tu powiesić kalendarz adwentowy i jak kupić choinkę skoro do innej gminy, a co dopiero regionu nie można się przemieszczać. Pomarańczki trzeba ususzyć... Jutro przyjedzie Domenico, to zrobię zapas cytrusów i swojskiej oliwy. Z Ikei wędrują kolejne duperele przede wszystkim do pokoju Tomka, który najbardziej z naszej trójki mieszka na kartonach. I tak to się wszystko plecie...


I to chyba już wszystko, bo zrobiło się naprawdę późno, a obiad jeszcze nie do końca gotowy.  

Na koniec już jedna mała refleksja. W tych dziwnych czasach, zamkniętych, odizolowanych ja czuję się wyjątkowo komfortowo. Na szczęście pracuję bardzo dużo, na szczęście jesteśmy zdrowi i oby tylko tak zostało. Dobrze mi w tym czasie "zatrzymania", dobrze mi, bo obiad, a potem kolacja trwają czasem nawet godzinę, bo znów przez chwilę nikt nie pędzi. Znów mamy więcej czasu dla siebie samych, na tworzenie, na swoje sprawy, na wieczorny film, na rozmowy... Jest dla mnie w tym czasie coś wyjątkowego. Ta sytuacja uświadamia mi jak bardzo mimo tylu ograniczeń, mimo tylu problemów lubię to moje życie. Jak bardzo jest ono bogate - nawet teraz...

Dobrego dnia!

BOGACTWO to po włosku RICCHEZZA (wym. rikkecca)