#iorestoacasa

Małe - wielkie radości i zapach morza...

poniedziałek, kwietnia 06, 2020


Myślę, że każdy z nas ma jakieś natręctwo. Kto mnie zna, ten wie na przykład, że narzuta zsunięta z kanapy doprowadza mnie do szału, podobnie okruchy na stole. Tak mam i już. Paw natomiast nie lubi jak mu ktoś w kostce masła dziury robi, jego masło trzeba "skrobać" z sensem, czyli starając się zachować wciąż regularną kosteczkę. Mojej Mamie włos się na głowie jeży na widok firanek w nieładzie, Tomek ma natręctw chyba więcej niż wszystkich klocków lego i tak mogę wyliczać bez końca. Natręctwa natręctwami, ale chyba nikt nie lubi i szału dostaje jak mu krem do opalania wpadnie w piasek. Czy jest ktoś, komu zapiaszczona buteleczka nie przeszkadza?  


Ale teraz zmieńmy perspektywę. Jeśli takie lekko zapiaszczone opakowanie wyciągamy w czasie kwarantanny z zeszłorocznej plażowej torby, to zaręczam Wam, że zamiast nerwów, aż człowieka ze wzruszenia w gardle ściska... 
Piasek... Adriatyk, lato, szum morza, muszelki, upał, wolność... Jak cudownie było tą zapiaszczoną buteleczkę znaleźć.


W gardle ścisnęło mnie podwójnie. Widok kilku ziaren plażowego piasku przywołał wspomnienie naszych wypadów nad morze - przecież w taki dzień jak wczoraj to w normalnych czasach grzechem byłoby nie być nad morzem. Na pewno opiekałabym się w Lido di Dante, zamiast na tarasowych kamieniach... Po drugie sam zapach kremu bilboa, jest tym, który nieustannie od lat jest dla mnie kwintesencją wakacyjnego dolce far niente. Żaden inny krem, tylko ten ma właśnie tak niesamowity zapach...

- Tu pachnie morzem... - powiedział Mikołaj wchodząc do domu. 
- Nie, to Pusia nasmarowała się kremem - odpowiedział mu z drugiego pokoju Tomek. 

Tomek: Pusia, zrobię ci zdjęcie...
W niedzielę znów zjedliśmy obiad na tarasie. Sam taras został też uporządkowany i przeorganizowany na tryb letni. Spod ściany na drugi brzeg znów wyjechały donice z oleandrami. Ławki wyłożyłam poduchami i większość weekendowego czasu spędziłam pod gołym niebem. W Biforco przez cały dzień widziałam zaledwie kilka osób. Dosłownie garstka. Jakby ludzie wyginęli... 

Wieczorem podjechali na chwilę właściciele baru. Z pewnością przywieźli coś z zaopatrzenia na następny dzień do alimentari. Fausto wysiadł z samochodu i kiedy zobaczył mnie stojącą na tarasie, pomachał tak wylewnie, jak zwykle robią to Goście przybywający na wakacje do Domu z Kamienia. Wtedy przypomniała mi się też Sandra, która kilka dni wcześniej, gdy szłam po zakupy zawołała z okna "Kasia!", tylko po to, by z daleka mnie pozdrowić. Wszystkim jest trudno w kwarantannie, ale Włochom chyba szczególnie. Oni przecież mają w swojej naturze niezwykłą potrzebę bycia wśród ludzi, rozmów, kontaktów. To pomachanie sobie z daleka jest teraz taką drobną radością, minimalną namiastką "bycia" z ludźmi.


To był dobry weekend. Małych radości było przecież tak wiele... I te nasze posiłki, gry, żarty, kwiaty, słońce i taras sam w sobie i pizza znakomita i kieliszek wina na wirtualnym aperitivo z O., rozmowy z bliskimi, lektura, pszczoły i motyle, zapach powietrza, zapach morza...

Zanim napiszę Wam - dobrego tygodnia, jeszcze jedna ważna rzecz.

DZIĘKUJĘ - dziękuję nowym Patronom. To trudny czas dla wszystkich, tym bardziej jestem wdzięczna za Waszą pomoc. Będę wdzięczna do końca życia... 
Dziękuję też Wam wszystkim - Czytelnikom za komentarze, to teraz szczególnie miłe móc poczuć, że po drugiej stronie jest ktoś kto czyta. 

A teraz już:
DOBREGO DNIA! DOBREGO TYGODNIA!

POZDROWIĆ to po włosku SALUTARE (wym. salutare)

#iorestoacasa

Kwiaty, tarasowe luksusy i sielanka w kwarantannie

niedziela, kwietnia 05, 2020


Nawet w kwarantannie dni mogą być piękne i sobota zdecydowanie takim dniem była. W ogródku przestałam już liczyć tulipany, bo pręży się ich coraz więcej w kolorowym szpalerze i co ciekawe, okazuje się, że ich kolory z roku na rok nie tylko się zmieniają, ale też mieszają. Czy to możliwe?

Poza tym ku mojej radości znalazłam w ogródku jednego szafirka! Nigdy u mnie szafirków nie było! Nie mam pojęcia skąd on się tam wziął, ale rozczuliłam się na wspomnienie szafirkowych łąk i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy to było, że tak kwitły na potęgę? Dwa, trzy lata temu? 
Znalazłam w końcu w archiwum bloga: SZAFIRKOWY czas, był zaraz po zimie stulecia.

W sobotę pogoda była tak piękna, że chłopcy zaproponowali byśmy zjedli na tarasie. Jeśli więc mieliśmy się po królewsku rozpieszczać, postanowiłam najpierw przygotować aperitivo jak w dobrym barze i zaserwować crostini w nowym wydaniu, wykorzystując zalegające w lodówce buraki. Przepis na te smakowitości znajdziecie oczywiście w kuchni. 
Po crostini chłopcy byli jeszcze bardziej godni więc zaraz na stół, a raczej stolik wjechała pasta z sosem z pora i bakłażanów.


Było nam naprawdę cudnie... 
Po obiedzie zamieniłam dres na... strój do opalania, rozłożyłam się na tarasie jeszcze wygodniej i przez chwilę świat znów zdawał się całkiem normalny. Miałam zamiar popracować nad lekcjami na kolejny tydzień, miałam popisać, ale ostatecznie tak mi było dobrze w błogim rozleniwieniu w tym kwietniowym słońcu, że jedyne na co się w końcu zdobyłam to wyciągnięcie donic z zeszłorocznymi kwiatami. 
Na wyciągnięciu się jednak skończyło. Podlałam, ustawiłam pod ścianą i dziś dopiero zajmę się nimi na poważnie. Najpierw jednak mam plan poprzypiekać się z drugiej strony, bowiem dzień zapowiada się jeszcze piękniejszy niż wczoraj. 


Bajeczne wiosenne sobotnie popołudnie umililiśmy sobie znów wymyślanymi na poczekaniu grami. I tak poza znanym nam już dobrze "wypisz wszystkie stany Ameryki w 8 minut", graliśmy w:
Wypisz w trzy minuty jak najwięcej marek samochodów, wypisz w pięć minut jak najwięcej bohaterów z Harrego Potera, wypisz znów w kilka minut poetów i pisarzy włoskich, wypisz bohaterów bobocznych serialu Friends, wypisz jak najwięcej reżyserów... itd... Można wymyślać w nieskończoność, a my uwielbiamy te nasze "zgadywanki - wymyślanki". 
I Wam też zostawiam dziś zagadkę Tomka. O jakim tytule myślał Tomek: 
Jest książka, jest też film, jest i bajka, bohaterami są "stworki", a autor z Belgii. Mnie osobiście ostatnia podpowiedź wyprowadziła kompletnie w pole i to tylko dowód na to, że te nasze głupiutkie zgadywanki mają też wartość edukacyjną, bo za każdym razem uczymy się czegoś nowego. 


Teraz czas już na mnie, bo aby dzień dobry miał początek, trzeba przygotować furę naleśników. 
Z Wami natomiast na dobry początek dnia dzielę się nagraniem znalezionym na stronie ANSA. Pofruwajcie i Wy nad wyludnionym Rzymem. Ja fruwałam ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem. Wiem, że wielu z Was w kwietniu miało być w Italii... Miejmy tylko nadzieję, że co się odwlecze... Dobrego dnia!

ŻEBY DOBRZE ZACZĄĆ to po włosku PER COMINCIARE BENE (wym. per comincziare bene)

#iorestoacasa

Niby osobno, a jednak razem

sobota, kwietnia 04, 2020


W piątek kolację przygotował Mikołaj i trzeba przyznać, że zjedliśmy wybornie! Przepis wyszukał sobie sam i sam też ze wszystkim sobie poradził. Ja miałam tylko dopisane do listy zakupów trzy dodatkowe pozycje. 

Do Marradi po zapasy na kolejne dni wybrałam się z Tomkiem, który wyszedł z domu po raz pierwszy od prawie miesiąca i na nim, w przeciwieństwie do młodszego brata, nowa rzeczywistość nie zrobiła żadnego wrażenia. 
Wyszliśmy z domu wcześniej, bo nauczona doświadczeniem z zeszłego tygodnia, stwierdziłam, że lepiej chwilę zaczekać na otwarcie, niż tkwić potem pół godziny w kolejce. Takich spryciarzy jak ja było jednak więcej i kiedy zjawiliśmy się przed marketem piętnaście minut przed otwarciem, byłam już siódmą osobą w kolejce, a za mną zaraz ustawiały się kolejne osoby. 
Na szczęście uwinęłam się z zakupami supermarketowymi w moment i zaraz obładowani jak wielbłądy ruszyliśmy dalej w dół miasteczka do warzywniaka. Nie wiem, jak ja bym to wszystko przyniosła bez Tomka. Jakoś w zeszłym tygodniu sobie poradziłam, ale teraz ledwo daliśmy radę we dwoje.
Oczywiście możemy zawsze skorzystać z dowozu, bo gmina stanęła na wysokości zadania w kwestii organizacji życia w kwarantannie, wiele nowych udogodnień, byle tylko jak najbardziej wyjść mieszkańcom naprzeciw w tej trudnej sytuacji. Rozdysponowane zostanie też kilka tysięcy maseczek, więc muszę i ja zgłosić zapotrzebowanie, żeby Tomek miał na zakupowe wyjścia. Mikołaja na opuszczenie naszej posesji raczej szybko nie namówię.

Wczoraj wieczorem, kiedy kończyłam ostatnią lekcję przed domem pojawił się samochód obrony cywilnej, z dwoma osobnikami w kombinezonach jak z filmu katastroficznego, którzy wyposażeni w "opryskiwacze" odkażali wszystko, co znaleźli na swojej drodze... 

Tymczasem wykres protezione civile znów delikatnie opadł, ale sytuacja wciąż jeszcze nie jest opanowana, niestety i w Mugello pojawiły się nowe zachorowania. Kolejny raz burmistrzowie miasteczek zaapelowali, żeby nie wychodzić z domu! Żebyśmy wszyscy jeszcze trochę wytrzymali.

Rzeczywiście polemiki wybuchają coraz częściej, polemiki podlane narastającą frustracją, widzę to na fejsbuku, obserwuję też na polskich stronach. "A dlaczego nie mogę na samotny spacer? A pobiegać, a na rower? A z psem? Ale przecież sam, ale do lasu, a nieuczęszczaną uliczką..." Słuchajcie, nie mam zamiaru agitować i wdawać się w bezowocne polemiki, ale muszę kilka słów napisać.

Jesteśmy już prawie 4 tygodnie objęci kwarantanną... Nie jest łatwo, ale naprawdę da się wytrzymać. Mieszkam na końcu świata i spokojnie mogłabym każdego dnia urządzać sobie spacer po kilka kilometrów bez spotkania nikogo. Jednak wydaje mi się to nie w porządku. 

Po pierwsze jeśli wszyscy wyszliby z takiego założenia, nawet bezludne szlaki nie byłyby już bezludne, poza tym chcę być solidarna z tymi, którzy żyją w mieście, w blokach, którzy nie mają szansy na te kilka kroków w odosobnieniu. Myślę sobie, że właśnie we wspólnocie siła, że z tego wszystkiego nikt w pojedynkę nie wyjdzie. Chyba jeszcze nigdy nie musieliśmy być wszyscy osobno, będąc jednocześnie tak bardzo RAZEM.

Myślicie, że z tak wspaniałą wiosną za oknem po czterech tygodniach nie tęsknię za górami, za wędrowaniem, za wolnością, myślicie, że Mikołaj nie pojeździłby znów na rowerze? 

Pewnie, że tak! Jednak na wyjście z tego wszystkiego jest tylko jeden sposób: zostańmy w domu i doceńmy to co mamy. Pomyślmy o pracownikach medycznych, którzy w tej sytuacji o zostaniu w domu mogą tylko pomarzyć. Pomyślmy o osobach w szpitalu, które nie uchroniły się przed wirusem... Jeśli jesteście zdrowi, jeśli macie dach nad głową, bliskich obok i pełną lodówkę, to w obecnej sytuacji jesteście szczęściarzami! 
Przed nami jeszcze długa droga, niestety... Potrzeba siły, cierpliwości i spokoju. Damy radę, wszyscy razem i każdy osobno. Musimy dać radę!

Tomek w bezpiecznej odległości od kolejki.

Pogodę mamy piękną. Wiosna pełną gębą. Jeszcze odrobina lekcji, jakiś "wyfisiowany" obiad, a może całkiem prosty i potem pas. Taras, kwiatki, sukienki! Dobrego dnia! 

#iorestoacasa

Plan B

piątek, kwietnia 03, 2020


- Jak mi plan A. nie wypali, to mam plan B.  - oświadczył zdecydowanym tonem Mikołaj.
- Czyli?
- Wyruszę w świat. Przejdę Chiny, Mongolię, Wietnam... - tu wyłożył całą trasę swojej przyszłej wędrówki i muszę przyznać, że jak na swój wiek i "plan B", trasa była bardzo dobrze przemyślana i opracowana.
- Ciekawy pomysł! 
- Ile zajmie mi okrążenie świata?
- Nie mam zielonego pojęcia. To zależy od tego, jak chcesz wędrować. Na przykład szlak Italia, na który ja się za kilka lat szykuję, to zdaje się ponad 7.000 km i minimum jakie trzeba liczyć to dziewięć miesięcy, choć realnie pewnie dwa razy tyle, bo nie możesz wędrować non stop, poza tym jaki to ma sens? Cały urok polega na zatrzymywaniu się w nowych miejscach i poznawanie ich. Słuchaj... A tak w ogóle to jaki jest plan A.?  
- Dzieci, rodzinna i jeszcze coś. 
Odnośnie planu A. Mikołaj okazał się bardzo tajemniczy i oszczędny w słowach. Nie dowiedziałam się czym jest COŚ.

***
- Zostaw teraz Tolkiena po polsku, poczytaj coś po włosku w ramach przygotowań do egzaminu - zwróciłam Mikołajowi uwagę w jeden z minionych wieczorów.
- Ale co? Nic nie ma...
- Na górze biblioteczka pęka w szwach!
Skrzywił nos i zmarszczył czoło. Poleciliśmy mu z Tomkiem Ammanitiego "Non ho paura". Przeczytał, a raczej zmęczył, ale ku naszemu zaskoczeniu ani trochę nie był zachwycony.
Zaproponowałam więc coś, co już zna i lubi typu Harry Potter, potem próbowałam z sycylijskimi kryminałami, ale Mikołaj niezmiennie wszystkie propozycje odrzucał. Obydwoje przeglądaliśmy półka po półce moich obfitych zbiorów, ale nic nie zaciekawiło Pana Kapryśnego. 
Aż w końcu:
- Mam! - zawołał z entuzjazmem wyciągając niewielką książeczkę. - To chętnie przeczytam!
- Co to? 
- Voltaire! 
- Zwariowałeś? Co dokładnie?
- "Candido". 

Mieliśmy znaleźć Mikołajowi coś wciągającego i lekkiego. Przy całym moim uwielbieniu dla literatury, Voltaire... może niekoniecznie. Ale za Mikołajem nikt nie trafi. Jest zachwycony. 

Dziś rano:
- Wiesz jakie to super! I tak bardzo do mnie pasuje i to przede wszystkim jest to, co mnie interesuje. 
Okazuje się, że nie do końca znam własne dziecko. 

Coś zjadło już pół dnia, więc tu się zatrzymam i o tym jakie zabawy uprzyjemniały nam czwartkowe popołudnie opowiem Wam już jutro!
Tymczasem dobrego weekendu.

PLAN B - PIANO B (wym. piano bi)

#iorestoacasa

Pochwała naturalności

czwartek, kwietnia 02, 2020


Nie martwię się tym, czy plastik na paznokciach trzeba uzupełnić, czy coś powinnam wstrzyknąć, ufarbować, pomalować, wymasować... I tak poza włosami raz na kilka miesięcy, reszta mnie nie dotyczy, więc kwarantanna nic w tej kwestii nie zmieniła. W obecnej sytuacji jeszcze bardziej cenię sobie moje skromne życie. Mama Foresta Gumpa mówiła, że ludzie niewiele potrzebują dla siebie, reszta jest na pokaz. Coś w tym jest.

Coraz bardziej doceniam swobodę i naturalność. Choć to do mnie niepodobne - ostatnio częściej występuję bez makijażu, tylko w wybrane dni z jego namiastką. Niech to będzie pochwałą naturalności! To nic, że siwizna przebija na odrostach, to nic, że w chłodne dni paraduję w dresie i to donoszonym po chłopcach, to nic, to wszystko nic. To wszystko przecież tak naprawdę jest zupełnie bez znaczenia. W twarzy i tak najładniejszy jest uśmiech i tego staram się nie tracić.

Teraz, zresztą tak jak i zawsze, najważniejsze jest zdrowie. Zdrowie, zdrowie, byśmy tylko  byli zdrowi - powtarzam codziennie. 
Teraz ważne jest też, żeby było na chleb, na kilka pomidorów, kawałek sera, jajka i drożdże i na rachunki, wodę, gaz, internet...
Teraz jest ważne, żeby była wiosna i ładna pogoda i słońce i ciepło również w nocy. 

Nie martwię się dziś lokatą, samochodem, kredytem. Stety albo niestety - nie mnie oceniać. Nie martwię się, bo takich "dóbr" już od dawna w moim życiu nie ma, tak samo jak nie ma plastikowych paznokci i nowych butów od Prady. Im mniej mamy tym mniej boimy się stracić. Ja już kiedyś to wszystko straciłam, ja dobrze wiem jak to jest - mieć i nie mieć. 
Tak wiele zmartwień mnie dziś nie dotyczy.
Teraz najważniejsze jest zdrowie i żeby było na chleb...


Martwię się dziś nie o siebie, ale o moich bliskich w Warszawie. Martwię się, czy każdy ciężar zmian udźwignie. Wciąż wszystko to co przed nami jest jedną wielką niewiadomą.

W środowy wieczór wykres nowych zakażeń znów skoczył w górę. Znów wszyscy zaczęli bić na alarm i przypominać: restate a casa!!! Gmina publikuje kolejne komunikaty: dostępne maseczki dla mieszkańców i propozycja przywiezienia zakupów do domu skierowana już do wszystkich, byle jak najbardziej się chronić, byle już to wszystko się skończyło. Ci, którzy hejtowali, wieszali psy na Italii, powinni wszystkie złe słowa odszczekać. Ja sama przyznaję mojej adopcyjnej ojczyźnie medal za organizację, za troskę, za zaangażowanie.


Za nami ostatnia (chyba! oby!) mroźna noc. Nad półwysep ciągnie prawdziwie wiosenna aura. Już wczoraj na tarasie było przyjemnie, dziś ma być jeszcze przyjemniej, a jutro i pojutrze prawdziwy, wiosenny szał! Czas wyciągnąć nie tylko sukienki (już sterta leży i czeka na ulokowanie w szafie), ale też tarasowe poduchy i zeszłoroczne donice! 
Dobrego czwartku!

MALOWAĆ SIĘ to po włosku TRUCCARSI (wym. trukkarsi)

kwarantanna 2020

Kwietniowe dzień dobry!

środa, kwietnia 01, 2020

kwiecień 2016

I tak oto w kalendarzu kwiecień rozpakował walizki... 
Pierwszy kwietniowy poranek obudził się upudrowany nocnym przymrozkiem, ale też niebem niezakłóconym nawet jedną chmurką. Takie właśnie niebo ma królować nad nami przez kolejne dni, a temperatura z każdą chwilą ma coraz bardziej dopasowywać się do wytycznych nowego miesiąca. 
To natomiast oznacza, że dziś lub jutro, jak tylko będzie wolna chwila, wyciągnę z dna garderoby wór letnich sukienek, a kurtki, swetry i kapoty pożegnam na kilka miesięcy.

Jak dobrze, że już kwiecień... 
Dzień dobry kwiecień!

Przede wszystkim najważniejsze, żeby było teraz ciepło i żebym nie musiała już kupować pelletu. Tomek ostatnio zarzucił mi, że dorośli wszystko muszą przeliczać na pieniądze... Tak niestety jest, trudno nie przeliczać. Za każdym razem, kiedy wrzucam do pieca worek opału, myślę sobie - pół godziny wykładania o zaimkach i congiuntivo poszło z dymem...  Dlatego cieszę się, że już ma być ciepło, bo jednak te pół lekcji zostanie w kieszeni i co równie ważne nikomu nie muszę zawracać głowy, żeby mi ten pellet dowiózł.

Poza tym, że już mamy kwiecień i że idzie ciepło, jest jeszcze jedna dobra wiadomość - podobno szczyt zachorowań już za nami i teraz sytuacja powinna się powoli poprawiać. Wczoraj niby lekki wzrost zachorowań w stosunku do dnia poprzedniego, ale jednak ogólnie utrzymuje się tendencja spadkowa. Coraz śmielej zaczyna się mówić o światełku w tunelu...
Niech to światełko robi się coraz mocniejsze, tak jak kwietniowe słońce.

Minęły trzy tygodnie odkąd jesteśmy objęci kwarantanną. Mikołaj coraz częściej powtarza, że chce już wrócić do szkoły, zaniepokojony jest egzaminami, tym czego nie rozumie i czego jeszcze nie wie. To miał być dla niego wyjątkowy rok: wycieczka do Mediolanu, sztuka w teatrze na zakończenie scuola media, egzaminy i potem start w liceum... Mediolanu nie było, spektakl też bardzo wątpliwy, a co z egzaminami nikt jeszcze nie wie...

Tomkowi taka sytuacja natomiast coraz bardziej odpowiada. On ma czas na swoje nocne tworzenie, może sobie pisać i tworzyć nocami do woli, tak jak lubi poświęcać czas temu, co go najbardziej interesuje. 

Mnie żal jest wiosny zamkniętej na własnym podwórku, marzę o spacerach po zielonych łąkach, o zdjęciach, o oddechu i przestrzeni. 
Z drugiej strony muszę przyznać, że mimo ogromnej ilości lekcji jestem wypoczęta, bo moja głowa skupia się teraz tylko na dwóch rzeczach: lekcje i czas wolny. Wcześniej cały czas żyłam podporządkowana nie jednemu, a trzem grafikom: pobudka wcześnie, bo Tomek do szkoły, jemu śniadanie, Mikołajowi śniadanie, w szkole to tamto, tu abonament, tam wycieczka, tu kanapka, tam blok rysunkowy, moje lekcje, potem szybko do Marradi, zakupy i zaraz obiad, bo wraca Tomek, potem Mikołaj, potem znowu lekcje, w międzyczasie jakaś sesja zdjęciowa, jakieś zwiedzanie Florencji, goście, turyści... Dopiero teraz widzę w jakim kołowrotku zwykle żyję. 

W ostatnich tygodniach wszystko jest bardziej stonowane, zrównoważone, spokojne... Kończę lekcje i nigdzie nie pędzę, powoli razem szykujemy obiad, z obiadem też spieszyć się nie trzeba, ani z kolacją, ani z niczym, tylko z lekcjami muszę być na czas. Śpię jak suseł, mimo oczywistych problemów głowa paradoksalnie jakby lżejsza...

Tylko tych wiosennych łąk brak...

ŁĄKI - PRATI (wym. prati)



kwarantanna 2020

Niepokoje dziecka i drugi tulipan

wtorek, marca 31, 2020


- Mogę zabrać te torby i wrócić do domu? - zapytał Mikołaj. - Wcale mi się tu nie podoba. 

Minę miał przestraszoną, smutną i jakby zawiedzioną nowym wizerunkiem świata. Po ostatnim przytachaniu zakupów obiecałam sobie, że będę zabierać chłopców na zmianę, raz jednego raz drugiego jako tragarza. Oczywiście bez żadnego wchodzenia do sklepu, z czekaniem w bezpiecznej odległości, ot tyle, żeby pomóc mi tachać te nieszczęsne torby. Myślałam, że i dla nich to będzie rozrywka, kiedy po trzech tygodniach będą mogli się kawałeczek przejść i rozruszać nogi, tymczasem Mikołaj, który poszedł na pierwszy rzut, bo Tomek w poniedziałek miał dużo lekcji, wrócił z tego spaceru zdruzgotany. Myślę, że do wczoraj nie zdawał sobie sprawy, że świat na zewnątrz zmienił się bardzo przez te trzy tygodnie. Widok ludzi w maskach, kolejki rozciągniętej przed sklepem, zrobił na jego młodzieńczej, dziecięcej jeszcze duszy piorunujące wrażenie.

- Następnym razem niech Tomek idzie... Ja nie chcę tego widzieć - powiedział smutno.

Wieczorem po 18 wieści Protezione Civile były bardzo optymistyczne z blisko 3800 nowych zachorowań dwa dni wcześniej, poniedziałek zakończył się liczbą około 1600! Wciąż były kolejne zgony, ale tym razem padł inny, tym razem miły sercu rekord ilości wyzdrowień. Oby tylko ta tendencja się utrzymała... Eksperci mówią, że Italia zbliża się do "stabilizacji". Tymczasem kwarantanna została przedłużona do połowy kwietnia. Dopiero po Wielkanocy będzie można snuć bardziej prawdopodobne scenariusze. Teraz jeszcze kolejne tygodnie oczekiwania i marzenie o wyjściu w góry... 


W jednej z toreb, którą Mikołaj przytachał z marketu była colomba - słynna, włoska, wielkanocna baba. Jak tylko zobaczyłam cenę niecałe dwa euro, to rach ciach wrzuciłam ją do koszyka i z ulgą pomyślałam - jesteśmy do świąt prawie gotowi. 

- Mamy colombę! - obwieściłam z dumą - upiekę wam karkówkę, tak jak chcieliście, będą jajka, Mikołaj zrobi sernik i tyle. Chyba nie będziemy piec więcej ciast? Przecież i tak jesteśmy we troje, kto to potem zje?
- Żartujesz? Jakbyś nas nie znała! - Tomek popatrzył na mnie z rozbrajającym uśmiechem.
No tak... Ile by nie było, tyle zjedzą...

Kiedy zasypiałam wczoraj wieczorem, nie wiedzieć czemu, przypomniały mi się słowa woźnego ze szkoły. To było ze trzy miesiące temu i nie pamiętam o czym dokładnie rozmawialiśmy, zdaje się, że o zalanej Wenecji. Marino powiedział wtedy: "najpiękniejsze czasy tego świata już oglądaliśmy". Zmroziło mnie na wspomnienie tych słów... A co jeśli Marino miał rację? Jeśli to, co najlepsze już za nami? A co jeśli nasze dzieci będą naprawdę dorastać w takim dziwnym świecie? Przed oczami wciąż miałam pełną niepokoju twarz Mikołaja.

Czas pokaże. Ja wbrew logice nadal będę sobie powtarzać: jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie wspaniale. Tymczasem w ogródku zakwitł drugi tulipan...

NIEPOKÓJ to po włosku ANGOSCIA (wym. angoszia)

kwarantanna 2020

O chlebie, pizzy i kulinarnej edukacji

poniedziałek, marca 30, 2020


Kwarantanna to czas, kiedy dzieciaki, nawet jeśli nie chodzą tak jak zawsze do szkoły, mogą się wiele nauczyć i mam tu na myśli wiedzę przydatną życiowo. Moi chłopcy ugotować to i tamto potrafią od dawna, Mikołaj upiecze nawet sernik, ale pomyślałam, że teraz kiedy jesteśmy non stop razem w domu i z naszej trójki to ja jestem najbardziej zajęta, sensownym rozwiązaniem byłoby podszkolenie ich jeszcze bardziej, tak by mogli przejąć niektóre kulinarne obowiązki. Natchnął mnie do tego Mikołaj.

- Co matka robi?
- Muszę upiec chleb.
- To może ja upiekę? Niech mnie matka nauczy!

I tak Mikołaj zagniótł swoje pierwsze w życiu ciasto na chleb, a na drugi dzień jego brat zrobił po raz pierwszy sam "impasto" na pizzę. Mam nadzieję, że kwarantanna da chłopcom możliwość przejścia w kulinariach na poziom master! Co jak co, ale samodzielność i "ogarnięcie" w kuchni to bardzo przydatne umiejętności. 


Pizza wyszła bardzo dobra. 
- Poprzednia wyszła dobra, ale ta jest obłędna. Prawie taka jak "mariowa", prawda?
- Nieeee, no Pusia, nie odbierajmy Mario "primato"! 
- Masz rację, pizza Mario, to jednak pizza Mario. 
- Tak czy inaczej ta wyszła naprawdę pyszna!


Niedziela była spalona słońcem - nomen omen moja twarz jest dziś tego najlepszym dowodem.  Wyciągnęłam z szafy kolejną letnią sukienkę i ciesząc się zwiewnością wokół nóg znów spacerowałam po tarasie z Michelangelo. 
Jak dziwnie jest w Biforco w takie dni. Gdyby nie to całe zamieszanie z wirusem, to teraz zamieszanie byłoby przed barem, jazgot motorów, pokrzykiwania rowerzystów, ludzie sączący sobie beztrosko spritz'a. Tymczasem jak uchem sięgnąć panuje wszędzie nienaturalna w dzisiejszych czasach cisza... 
Jak dobrze, że Tomka wyjazd do Niemiec i mój do Polski były w zeszłym roku, kiedy jeszcze świat nie stał na głowie. To wszystko wydaje się z jednej strony tak nie dawno i jednocześnie lata świetlne temu..

Już prawie południe, więc na mnie już czas. Na dobry początek tygodnia zostawiam Was KAWAŁEK WIOSNY z serii naszych filmików.

ZAGNIATAĆ CIASTO to po włosku IMPASTARE (wym. impastare)

kwarantanna 2020

Wino i tulipany

niedziela, marca 29, 2020


Przed domem zakwitł pierwszy tulipan! Żółty tulipan na osłodę życia... 
Również na osłodę życia na stoliku, na którym jeszcze cztery dni temu Mikołaj lepił bałwana, znów w popołudniowym słońcu stanęła szklaneczka prosecco
No dobrze... Nie jakieś tam zacne prosecco, w ogóle to nawet nie prosecco, tylko jakieś wstrętne spumante, na dodatek słodkie, jedno z tych, które na Boże Narodzenie dołączają do prezentowych opakowań panettone. O tym jak bardzo mało zacne, świadczy sam fakt, że przetrwało od Bożego Narodzenia. Tak czy inaczej moje pragnienie normalnego, wiosennego popołudnia z białymi bąbelkami w kieliszku było silniejsze. 
Usiadłam więc sobie między jednym zajęciem, a drugim na bujanym leżaku, słodkie wino bąbelkowało, pszczoła do towarzystwa przysiadła na kamieniu, który został po "Maka Paka", a Michał Anioł spierał się z Perugino... Świat przez chwilę znów wydawał się całkiem normalny. 


O ile większość pąków glicine martwo opadła pokonana nocnym marcowym mrozem ostatniego tygodnia, o tyle tulipanom i poziomkom chyba nic się nie stało. Zaczekam jeszcze kilka dni, bo i ten tydzień podobno ma być nocami mrozem podszyty, ale już w przyszły weekend zabiorę się za przygotowywanie kwiatowych donic, by na tarasie przybyło więcej życia i kolorów. 


Pogoda w sobotę do późnego popołudnia pozwalała cieszyć się słońcem i ciepłem przed domem. Udało mi się "wyłączyć głowę" i przestawić na tryb bez myślenia o trudnym położeniu, do tego stopnia, że prawie przegapiłam godzinę 18.00 i wyczekiwanie na komunikat Protezione Civile
A wieści tym razem były zdecydowanie lepsze. Wykres pokazał wyraźny spadek nowych zachorowań! Potem sprawdziłam lokalnie jak wygląda sytuacja w naszej części Italii i tu też powiało optymizmem. Spadek zachorowań w całej północno wschodniej Toskanii z Florencją włącznie i żadnego nowego przypadku w Mugello! Ja wiem, że dziś znów może się zmienić, ale jednak powinniśmy karmić się dobrymi wieściami, bo zamknięcie w domu i czarne myślenie, to mieszanka wybuchowa...
Dziś rano zerknęłam na polskie strony, żeby mieć jakikolwiek ogląd sytuacji, ale po pobieżnej lekturze zaraz sobie odpuściłam, bo znów zrobiło mi się byle jak. Niezmienny sposób przedstawiania sytuacji na tle "we Włoszech to jest dopiero tragedia". Ani słowa, że wczoraj było jednak trochę dobrych wieści. Niesmaczne... Muszę się do tego zdystansować.
 

Wieczorem na zakończenie dnia chłopcy zaimprowizowali scenki teatralne. W Domu z Kamienia nawet w kwarantannie nie ma miejsca na nudę. Te ich improwizacje były bardzo wymowne i jak zawsze bardzo kreatywne. 
Do ich kreatywności jestem już przyzwyczajona, ale ta scenka była szczególnie wymowna - Tomek król z "Coroną" na głowie i zwykły człowiek uzbrojony jak na wojnę, ale jednak w domu przyodziany w szlafrok... 

Przed nami ostatnia marcowa niedziela... Słońce znów ma nam umilić czas. Po wczorajszych kulinarnych rozpustach, dziś będzie raczej skromnie, ale jest plan na kolejne pyszne ciasto. Zostało też jeszcze trochę tego słodkiego spumante...

PIĘKNEJ NIEDZIELI!

UZBROJONY to po włosku ARMATO (wym. armato)

kwarantanna 2020

To, co dobre... i na życzenie zagadka

sobota, marca 28, 2020

Dom z Kamienia, kwarantanna Marradi 2020

Ranek był tak szczelnie wypełniony lekcjami (na szczęście!), że dopiero po południu ruszyłam po zakupy, by zrobić zapasy na kolejne dni. Mogłam wprawdzie zaczekać do soboty, tym bardziej, że piątkowa pogoda do spaceru wcale nie zachęcała, natomiast sobota miała znów zestroić się w wiosenne słońce, ale chciałam być sprytniejsza od innych i wykalkulowałam sobie, że w takie mgliste, siąpiące popołudnie pewnie psa z kulawą nogą nie spotkam... 

Jakże wielkie było więc moje zdziwienie, kiedy okazało się, że przed supermarketem ustawiła się już całkiem spora kolejka - wszyscy w maseczkach, rękawiczkach, dwa metry od siebie. Takich sprytnych jak ja było zdecydowanie więcej. 

Wypełniłam trzy torby po brzegi i aż jęknęłam, kiedy zarzuciłam je na ramiona, dobrze, że choć czwarta torba szczęśliwie została w warzywniaku i czekała na dowóz do domu. Tak czy inaczej postanowiłam, że jednak na zakupy muszę zabierać na zmianę raz Tomka, a raz Mikołaja. Do sklepu przecież wchodzić nie muszą, wystarczy, że poczekają po drugiej stronie ulicy i pomogą ten cały majdan przytachać do domu, bo inaczej zanim skończy się  kwarantanna mój kręgosłup będzie do wymiany. Pożytek z takiego rozwiązania jest jeszcze jeden - choć raz na tydzień chłopcy będą mieli prawdziwy, zgodny z nowym dekretem spacer!

Wieczorem, jak tylko skończyłam ostatnią lekcję, natychmiast otworzyłam stronę protezione civile, by sprawdzić jak zakończył się dzień. Nowych zachorowań było odrobinkę mniej w stosunku do dnia poprzedniego, ale padł też smutny rekord w ilości zgonów. W ciągu jednej doby zmarło ponad 900 osób... W oknach niektórych biforkowych domów znów zapalono świeczki. 

Ta sytuacja odsłania w ludziach to, co złe, ale też to, co dobre i ja zdecydowanie wolę się skupiać na tym, co w ludziach dobre. 
Takich ludzkich gestów jest wiele - nawet te moje warzywne zakupy dostarczane mi do furtki, potem J., która ratuje z transportem pelletu, M., która ratuje jeszcze inaczej - wszystkim Wam ogromne dziękuję! Ta solidarność zaczyna się od pojedynczych ludzi, sąsiadów, znajomych, czy nieznajomych, a kończy na osobach z pierwszych stron gazet. I tak wczoraj wszyscy komentowali ze wzruszeniem gest Giorgio Armaniego, którego fabryki rozpoczęły produkcję jednorazowych uniformów dla personelu medycznego. 

Wieczorem na kolację na specjalne życzenie Tomka zjedliśmy "chińskie danie na ekranie", czyli wariację z ryżowego makaronu, kurczaka, imbiru i warzyw. Przy kolacji jak zawsze umilaliśmy sobie czas naszymi ulubionymi zgadywankami. Od tej strony kwarantanna nam nie straszna, bo my uwielbiamy spędzać wspólnie czas i choć mamy całą szafę planszówek, to i tak najbardziej lubimy nasze zgadywanki.
Zabawa polega na tym, że jedna osoba myśli o "czymś/kimś" - trzeba oczywiście podać kategorię - u nas to najczęściej "znana osoba" lub "postać z bajki, filmu, książki" albo też "geografia", a pozostali muszą zadając pytania, na które pytany może odpowiadać tylko tak lub nie, odgadnąć, co ktoś miał na myśli. 

Przykładowe pytania:

Kobieta? Mężczyzna? Żyje? Nie żyje? Polityk? Artysta? Film? Muzyka? Europejczyk? Włoch? Renesans? XX wiek? I tak dalej! 

W naszych zagadkach pojawili się wczoraj: Buontalenti, Gutenberg, "Zośka", Amelia Earhart, Ben 10. Najwięcej czasu zajęło nam jednak rozwiązanie zagadki "o czym myślał Mikołaj" i ponieważ ktoś ostatnio o zagadkę prosił, to proszę bardzo:

Ustaliliśmy, że jest to: kobieta, żyje, Amerykanka, trudno ją powiązać z jakąś konkretną dziedziną, znana z tego, że jest znana i przede wszystkim znana jako córka kogoś bardzo znanego i żona też kogoś bardzo znanego. Ja zgadłam! Powodzenia! 

Miłego dnia weekendu i dzień dobry słońce!!!

ZAGADKA to po włosku INDOVINELLO (wym. indowinello)

kwarantanna 2020

Zacznijmy zielenią...

piątek, marca 27, 2020


Zacznijmy od zdjęcia. 
Ja wiem, że nie jest aktualne, ani nie ma nic wspólnego z obecnym krajobrazem za oknem. 
Dziś zdaje się fantasmagorią, fatamorganą, czystą fantazją, reliktem przeszłości.
Ale to zdjęcie na dzień dobry, to mówiąc krótko instynkt samozachowawczy! 

Jeśli pokażę Wam teraz krajobraz za oknem, nawet jeśli ten przeklęty "biały puch" zmył już prawie do końca marcowy deszcz, to czy komuś zrobi się lepiej? A jeśli jeszcze dodam, że wykres Protezione Civile nowych zachorowań znów poszybował w górę, czy ktoś poczuje się podbudowany?

Wątpię...

A zatem odczarowuję i proponuję pozostać dziś przy tym szalenie zielonym zdjęciu, które zrobiłam trzy, a może cztery lata temu, sama już dokładnie nie pamiętam, ale było to jeszcze w czasach, gdy świat ułożony był według starego porządku i miłościwie panowała w nim wiosna...
Królestwo za stary porządek! Królestwo za wiosnę! 

- Jeszcze jedna kromka i koniec! - zarządziłam. - Zjedliście prawie cały chleb, który dopiero co upiekłam!
- Trzeba było zrobić duży bochen!
- To BYŁ duży bochen...
- Jeszcze jedna kromka?

Dziś piątek, czyli czas na zakupy. Tak sobie teraz zaplanowałam - dwa razy w tygodniu, nie częściej, nawet jeśli przyniesienie na własnych ramionach zapasów na kilka dni dla trzech osób, to nie lada wyzwanie. Znów muszę strategicznie zaplanować menu na cały przyszły tydzień. 

Ostatnio zapytałam chłopców czego najbardziej im teraz brakuje i co - gdyby mogli wybrać tylko jedną rzecz - chcieliby z "poprzedniego życia". Tomek bez zastanowienia powiedział, że wystarczyłaby mu możliwość wychodzenia co jakiś czas na spacer, bo prawdę mówiąc obecna sytuacja bardzo mu odpowiada. Podobnie odpowiedział Mikołaj, ale jemu nie wystarczał zwykły spacer, on chciałby znów wsiąść na rower i poszaleć po okolicy. 

A co ja bym chciała - to przecież wiadomo, żadna to tajemnica ani nowość. Ja chciałabym znów wyruszyć w góry. Chciałabym wrócić na szlak... Łudzę się, że w końcu sytuacja zacznie się stabilizować i choć lokalne wyjścia w odosobnienie zostaną przywrócone. Łudzę się...

Dobrego weekendu! Niech nam będzie już zielono, przynajmniej w duszy!

kwarantanna 2020

Gorsza od kwarantanny może być tylko kwarantanna ze śnieżycą za oknem

czwartek, marca 26, 2020


Kiedy w środę rano zerknęłam za okno, pierwszą myślą jaka przyszła mi do głowy było: mam zdecydowanie za mało wina, żeby znieść coś takiego!!! Przypomniała mi się też natychmiast historia o plagach egipskich... 

Kto mnie zna, ten wie, że co jak co, ale śniegu to ja nie lubię i "nie lubię" w tym stwierdzeniu jest mocno przesadzonym eufemizmem. Jeśli nie lubię go w Boże Narodzenie (nie ma nic złego w zielonej gwiazdce), w grudniu po południu, w górach, za oknem czy nawet na pocztówce, to znaczy, że NAPRAWDĘ go nie lubię i że pod koniec marca, nie lubię go tak, że... tu epitety zostawiam Waszej fantazji. 

Natomiast wprost proporcjonalny do mojej niechęci względem białego puchu (takie określenie to czysta prowokacja) jest entuzjazm Mikołaja...
Pamiętacie taki skecz brytyjski, kiedy Jaś Fasola budzi się w gwiazdkowy poranek, dzwony biją, a główny bohater skacze po pokoju w piżamie? To jest właśnie Mikołaj wczoraj rano.

- A matka się nie cieszy? - Mikołaj chyba "dla hecy" najczęściej zwraca się do mnie w trzeciej osobie.
- Nie, nie cieszy... Powiem więcej, jestem tak wściekła, że dziś lepiej zejść mi z drogi. 
- Oj... Szkoda... A będę mógł wyjść przed dom? 
- Bardzo proszę!
- Dziś jest taka pogoda jaką lubię! Jestem bardzo, bardzo szczęśliwy! A matka się naprawdę nie cieszy? 
- Nie, przykro mi. Matka się absolutnie nie cieszy. Matka jest dziś bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwa.
- To dlaczego matka zawsze mówi, że szczęście dzieci jest dla niej najważniejsze i że kiedy dzieci są szczęśliwe to i ona jest szczęśliwa?
Zabrakło mi argumentów. Przytaknęłam z pokorą:
- Masz rację, twoje szczęście moim szczęściem... Idź ulepić bałwana!


Mikołaj dawno się tak świetnie nie bawił. Ulepił "Maka Paka" na stoliku tarasowym, na którym ledwie kilka dni temu, w czasach, kiedy na świecie panowała wiosna, zamiast bałwana stał kieliszeczek mojego schłodzonego prosecco... 
Przy takiej aurze nawet Tomek nie dał się długo prosić o wyjście z domu. Zabawę mieli przednią...
Po południu śnieg był właściwie już tylko białą "paciają", potem powrócił w nocy i teraz dalej nas dręczy, ale podobno jego godziny są już policzone.

Tyle z mojej glicynii....

- Pusia, a wiesz co jest lepsze od memów dotyczących kwarantanny? - zapytał Tomek największy fan memów jakiego znam.
- Nie wiem.
- Memy dotyczące lekcji on-line w czasie kwarantanny.
- Pokażesz?

Pokazał, a mnie te głupoty w ten paskudnie biały dzień ubawiły niemal tak bardzo jak marcowy bałwan Mikołaja, więc dzielę się z Wami (zaczerpnięte z instagramów i innych). 

Bałwan Maka Paka Mikołaja



Humor oczywiście poprawiły lekcje, poprawiła niezawodna A. i Przyjaciele, humor poprawiły dwa maile, ale o tym kiedy indziej, humor w końcu poprawił Mario, który "ku pokrzepieniu serc" opublikował filmik, gdzie biel również fruwała w powietrzu, ale jakże inna biel, jak bardzo inny moment... 
Nagraliśmy ten filmik w zeszłym roku zupełnie przypadkiem. Jadąc na jedno ze wzgórz napotkaliśmy po drodze nad polami całe chmary motyli. To było niezwykłe. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej ich ilości w jednym miejscu, w jednym momencie. Moja sukienka w tym wszystkim jest czystym zbiegiem okoliczności...

I takim oto optymistycznym akcentem, bez patrzenia już za okno mówię Wam dziś dzień dobry. 
Na koniec jeszcze najważniejsza informacja: w Italii wciąż utrzymuje się tendencja spadkowa nowych zachorowań.

ŚNIEŻYCA to po włosku BUFERA DI NEVE (wym. bufera di newe)

Florencja

Szczęśliwego Nowego Florenckiego Roku!

środa, marca 25, 2020


Florencki Capodanno - czyli Nowy Rok - świętowany jest już od czasów średniowiecza, kiedy to za pierwszy dzień nowego roku uznawano właśnie 25 marca. Jest to dzień Zwiastowania, dokładnie dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. 

Kiedy w 1582 roku został na świecie wprowadzony kalendarz gregoriański, Florencja jako jedyna postanowiła pozostać przy kalendarzu jaki obowiązywał do tamtej pory. Cały świat oraz inne regiony Włoch zaczęły świętować Nowy Rok 1 stycznia, a Florencja jeszcze przez kolejne 200 lat uznawała za jego początek 25 marca.

Dopiero w połowie XVIII wieku Wielki Książę Francesco III zarządził również w Toskanii przejście na kalendarz gregoriański obowiązujący po dziś dzień. Tablica upamiętniająca to wydarzenie znajduje się na jednej ze ścian Loggia dei Lanzi. Tak czy inaczej zmiana kalendarza, nie miała wpływu na zmianę kilkusetletnich tradycji, do których florentyńczycy byli bardzo przywiązani. Każdego roku 25 marca stolica Toskanii świętuje Capodanno Fiorentino, w czasie którego możemy podziwiać między innymi paradę w strojach z dawnej epoki. 


Oczywiście 25 marca 2020 roku zapisze się w historii jako ten, w którym Nowego Florenckiego Roku nikt na ulicy nie świętował... Odkąd zaczęłam pracę nad e-bookiem, ta data była w moim "kapowniku" zakreślona na czerwono. Nie mogłam się doczekać, by w festowaniu wziąć udział i przygotować dla Was piękny reportaż. Miejmy nadzieję, że sprawdzi się powiedzenie: co się odwlecze... itd. 

To wszystko co się dzieje teraz na świecie jest dla mnie nauką na przyszłość: niczego już nie planuj! Planowałam Capodanno Fiorentino, planowałam wyprawę po Romanii wśród kwitnących różowych sadów, cieszyłam się nowymi kwiatami i codziennie doglądałam, fotografowałam moje glicine. I co? Florencja jest dziś tak odległym marzeniem, że nawet lepiej nie mówić, podobnie Romagna i jej kwitnące drzewa brzoskwiniowe, które już właściwie przekwitły i tylko mam nadzieję, że po wczorajszej nocy nie podzieliły losu mojej glicynii... Przed domem z kamienia mój krzew zwiesił smutno zmarznięte strąki nowych kwiatów... I to jeszcze nie koniec. Przyszła śnieżyca, tak jak zapowiadano. Nic już nie mówię. Słabo u mnie dziś z optymizmem. Choć jestem osobą, która cieszy się z drobiazgów, w drobiazgach znajduje radość dnia powszedniego, to dziś czuję jakby się wszystko sprzysięgło przeciwko... Ma śnieżyć przez dwa dni, ale potem przyjdzie w końcu kwiecień, tylko jaki ten kwiecień? Nawet trudno się w tym roku pocieszyć...

Ale żeby nie było tak smutno, choć jeden pozytyw: wykres Protezione Civile dalej delikatnie opada... 

Ps. Wybaczcie, post rano ukazał się niekompletny, dlatego został na chwilę wycofany. Mam nadzieję, że teraz już nic nie poplątałam... Wszystko chyba przez ten durny śnieg!

LEPIEJ NIE MÓWIĆ to po włosku MEGLIO NON DIRE (wym. melio non dire)